Czytelnia

Małżeństwo i rodzina

Psychologia a duchowość

Bogdan Białek, Jezus w gałęziach cytrynowca, WIĘŹ 2008 nr 11-12.

Mój Ojciec. Gdy umarł, na pogrzeb przyszły tysiące. Pamiętam, kiedy z braćmi wynosiliśmy trumnę z ciałem Ojca z domu, ujrzałem tłum ludzi. Pomyślałem, że przyszli Go pożegnać z szacunku, z wdzięczności, z uznania za to, co robił, co dla nich zrobił. Bo mój Ojciec bardzo dużo robił dla ludzi. Pomagał, wspierał, załatwiał, dla niewidomych (przez ostatnie lata życia pracował w Polskim Związku Niewidomych), dla biednych (bo byli jeszcze biedniejsi od nas), dla Żydów, dla chłopów, dla dawnych towarzyszy, tak jak On upokorzonych. Może jeszcze komuś pomagał, wcale bym się nie zdziwił, gdyby byli jeszcze jacyś inni, którym czuł się potrzebny, potrzebniejszy niż nam. Najmniej dbał o nas, swoich najbliższych, swoje dzieci. Byłem dumny ze swojego Ojca. Nie byłem szczęśliwy, że miałem takiego Ojca. Wtedy wolałem mieć innego ojca. Ojca.

Moja Mama. Moja biedna, złamana przez życie Mama. Moja biedna Mama nigdy nie była szczęśliwa. Czasami tylko zdarzało się, że nic nie czuła. To znaczy nie czuła tego, co czuła zawsze. Moja bardzo biedna Mama.

Stąd moja wiara wzięta od Marksa i Engelsa (może od każdego z nich z osobna, a może od obu razem), że szczęście to ideał świń. Dlatego lubię tę anegdotę o de Gaulleu. Zapytany przez jakiegoś żurnalistę, czy zmierza do szczęścia, odpowiedział: — Ma mnie pan za idiotę?

Gdy miałem siedemnaście lat, byłem bardzo zakochany w Hani. Dobrze się czułem w jej cichym, spokojnym i zasobnym domu. Przeczytałem wówczas traktat Władysława Tatarkiewicza O szczęściu — cały, od pierwszej do ostatniej strony. I zapamiętałem z niego to jedno zdanie: „Tylko w nieszczęściu poznajemy świat i samych siebie, zdobywamy się na wysiłek i pogłębienie życia, a więc na to wszystko, dla czego najbardziej warto żyć”. Dzisiaj nie jestem pewien, czy to zdanie tak właśnie brzmiało, nie pamiętam, na której stronie zostało zapisane i w jakim kontekście. Porzuciłem Hanię, jej szczęsny dom, unieszczęśliwiłem skutecznie ją i siebie. Chciałem żyć.

Psychologia, którą najpierw studiowałem, której potem nauczałem i którą praktykowałem, a teraz ją propaguję, ma coraz więcej do powiedzenia na temat szczęścia każdemu, kto chce słuchać bądź czytać. Na podstawie szeregu badań z całą pewnością możemy dzisiaj powiedzieć, że „pieniądze dają szczęście, ale tylko tym, którzy ich nie mają. Bogaci powinni szukać szczęścia gdzie indziej” (Janusz Czapiński, Całe szczęście, „Charaktery”, marzec 2003). Psychologowie zakładają, że rozwój badań psychologicznych może doprowadzić do konkluzji, iż „niekoniecznie ci są szczęśliwi, którzy czują się szczęśliwi” (Czapiński, tamże). O co w tym chodzi? Nasz niestrudzony poszukiwacz zaginionej arki szczęścia, pogodny profesor Czapiński, w innym jeszcze miejscu pisze:

K.de Neve, H.Cooper, P.Schmutte i C.Ryffe wykazali, że szczęśliwi mają osobowość inną niż nieszczęśliwi. Są mniej neurotyczni, bardziej ekstrawertywni, otwarci, ugodowi i sumienni. Kłopot w tym, że zarówno poczucie szczęścia, jak i cechy osobowości są w znacznej mierze wrodzone. Pojawia się zatem pytanie, na ile człowiekowi nieszczęśliwemu może się udać zamiana siebie w człowieka szczęśliwego (J.Czapiński, Osobowość człowieka szczęśliwego, „Charaktery”, wrzesień 2004).

Tym bardziej

Przez kilka lat usiłowałem dopomagać ludziom nieszczęśliwym (alkoholikom), aby stali się ludźmi nieunieszczęśliwiającymi innych. Nie trzeba mieć szczególnego zmysłu językowego, żeby wiedzieć, że pojęcia „szczęśliwy człowiek” i „nieszczęśliwy człowiek” nie są dopełniające się — można nie być szczęśliwym i jednocześnie nie być nieszczęśliwym.

poprzednia strona 1 2 3 4 następna strona

Małżeństwo i rodzina

Psychologia a duchowość

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?