Czytelnia

Polacy - Ukraińcy

Robert Leszczyński

Muzyczna „pomarańczowa rewolucja”

— na razie bez happy endu

Dlaczego w naszym, krajowym i zagranicznym, obiegu muzyki pop nie ma ani jednego wykonawcy z Ukrainy? Dlaczego w polskich sklepach muzycznych, telewizjach, stacjach radiowych, na festiwalach jest miejsce dla setek wykonawców z najdalszych, często egzotycznych stron świata, tylko nie zza najbliższej granicy?

Może muzyka ukraińska jest po prostu kiepska? Przestarzała? Prymitywna? Trudno rozmawiać o gustach, ktoś może nie lubić zupy mlecznej i już, jednak można wskazać obiektywne przesłanki, że jest ona lepsza nie tylko od polskiej muzyki pop i rockowej. Z uwagi na różnicę tradycji i innej roli muzyki w kulturze ukraińskiej, ich muzyka jest na o wiele wyższym poziomie muzycznym, wokalnym, wykonawczym, brzmieniowym. Goran Bregović powiedział kiedyś, że Polacy śpiewają tylko jak są pijani, albo jak są w kościele. Ukraińcy mają w swojej kulturze tysiące powodów, żeby śpiewać. To wpływa na poziom muzyki jako całości.

Może jest to muzyka wtórna i przez to wydaje się nam banalna? Przeciwnie! Liczne i zupełnie inne niż u nas wpływy etniczne sprawiają, że jest ona oryginalna w skali światowej. Polacy wstydzą się i, co za tym idzie, nie znają swojej tradycji ludowej. Wynika to m.in. z kilkusetletniej tradycji pogardzania „wiochą” i potrzeby podkreślania swojej szlacheckości i „miastowości”. Dla ukraińskich muzyków tradycja ludowa jest przeważnie pierwszym językiem muzycznym. Rock i pop są językiem obcym, wymagają więc twórczego przetłumaczenia na ten pierwszy. My siłą rzeczy jesteśmy zatem krajem muzycznych epigonów. Ukraińcy dokonują zaś interesującej muzycznej syntezy. Nawet gdy starają się być bardzo amerykańscy, to pozostają śpiewni i melodyjni, przepełnieni własnymi wpływami kulturowymi, co jest widoczne również w tekstach.

I wreszcie — znaczenie. Najwspanialszym momentem w dziejach naszego rocka były czasy, kiedy muzyka ta miała znaczenie. Była nośnikiem buntu pokoleniowego, niezgody politycznej, nowej jakości w kulturze. To się zaczęło w okolicach sierpnia 1980 r. i w dużej mierze skończyło w 1989 roku. Na Ukrainie nie skończyło się do dzisiaj.

Rock jako front walki

Jeszcze bardziej jest to widoczne na Białorusi. Tam rock jest nie tylko pierwszym, ale niemal jedynym frontem walki z reżimem Łukaszenki. Od wielu lat jest o wiele bardziej zaangażowany niż polski rock był kiedykolwiek. Tam podjęcie decyzji o wykonywaniu muzyki w języku białoruskim, a nie rosyjskim, jest odważną decyzją polityczną jednoznaczną ze skazaniem się na medialny niebyt. I tak jest od kilkunastu lat.

Może nam wydawać się to paradoksem, ale tam właśnie rock — a nie literatura, poezja, Kościół czy Cerkiew — walczy o rząd dusz nad Białorusinami. 12 lat temu muzycy najważniejszych, zaangażowanych i „wykluczonych” zespołów rockowych, stworzyli wspólny, folkowy projekt muzyczny do tekstów poety Michała Aniempadystaua. Genialny, kapitalny muzycznie i ważny tekstowo. Tępiony na Białorusi spektakl został kilkakrotnie pokazany u nas.

Polska zaczęła spełniać dla białoruskiej kultury rolę taką, jak Paryż dla naszej za czasów Mickiewicza, paryskiej „Kultury” i stanu wojennego. Tu ukazują się płyty, wychodzą białoruskie gazety, tu odbywają się koncerty i festiwale — na czele z „Basowiszczami” organizowanymi z inicjatywy malarza Leona Tarasewicza w jego rodzinnym Gródku. Dociera nań kilka tysięcy ludzi z drugiej strony granicy, bo zorganizowanie podobnego wydarzenia tam jest nie do pomyślenia.

1 2 3 następna strona

Polacy - Ukraińcy

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?