Czytelnia

Mistyka i erotyka

Jerzy Sosnowski

Jerzy Sosnowski, Niegrzeczna pobudka, WIĘŹ 2008 nr 7-8.

Prawdopodobnie widać już, że nie spieszę się z potępianiem „rewolucji seksualnej”. Owszem: współtworzyła ona warunki dla współczesnego kryzysu rodziny, jej rousseauwska wiara w dobro tego, co naturalne, wydaje się fałszywa, a moralnie — przeciwskuteczna, zaś hasło „wolnej miłości” przyniosło wiele nieszczęść pojedynczym ludziom, od emocjonalnych zranień i niechcianych ciąż, po AIDS. Istnieje wszakże druga strona zagadnienia: w sposób przesadny i fanatyczny „rewolucja seksualna” rozbiła równie fałszywą i moralnie podejrzaną antropologię, którą nasza kultura odziedziczyła po XIX wieku.

Antropologia ta skażona była mianowicie oszukańczym pseudo-manicheizmem: cielesność człowieka w ogóle, a w szczególny sposób cielesność kobiety uczyniono przezroczystą dla ducha. Wincenty Lutosławski — filozof, którego ogromną i bodaj jedyną zaletę stanowiło to, że w swoich tekstach z namaszczeniem jako głębokie prawdy przedstawiał powszechnie podzielane stereotypy — napisał sto lat temu, że kto raz zobaczył w kobiecie anioła, nie będzie chciał w niej widzieć samicy. W mojej prywatnej antologii największych nonsensów aforyzm ten zajmuje jedno z poczesnych miejsc. A przy tym — płciowe, więc właśnie cielesne zróżnicowanie uznawano za fundament zasadniczych i nieprzezwyciężalnych różnic w prawach i obowiązkach ludzi. Nie wspominam już nawet o powszechnym przyzwoleniu na korzystanie przez mężczyzn z domów publicznych — byle w (mocno umownej) dyskrecji.

Odnoszę wrażenie, że katolicka etyka, traktująca swoje dziewiętnastowieczne tradycje z nieuzasadnionym pietyzmem, miewa do dziś kłopoty z usprawiedliwieniem aktu seksualnego, zupełnie jakby w Biblii nie było „Pieśni nad Pieśniami” (w katolickich komentarzach do Pisma Świętego wciąż można znaleźć wzruszające próby dowodzenia, że opis piersi Sulamitki w rzeczywistości odnosi się jedynie do wzgórz, na których wzniesiono Jerozolimę!). Dramatycznym dla katolickich sumień świadectwem tych kłopotów jest encyklika „Humanae vitae”, którą niezmiennie uważam za jedną z największych pomyłek dwudziestowiecznych papieży.

Dziewiętnastowieczne zakłamanie stosunków między płciami i relacji człowieka do jego ciała, przy jednoczesnym ograniczeniu praw kobiet, zredukowanych do roli mimowolnych aniołów, musiało wywołać kontrakcję o niszczącej sile. Oczywiście, z biegiem czasu wyprodukowała ona nowe, równie (choć inaczej) krępujące konwenanse: wiadomo, że trudno jest dziś mężczyźnie umówić się czwarty raz na spotkanie z kobietą, nie budząc jej zdziwienia, że ciągle jeszcze nie idzie o seks (kolorowe magazyny zwą to elegancko „regułą trzeciej randki”). Takich przykładów jest z pewnością więcej, choć rozmach rewolucji przyhamował trochę lęk przed AIDS.

Czy w tych okolicznościach należy wzmóc jeszcze rewolucyjny wysiłek? Ależ skąd. Nie chodzi o to, by kontynuować rewolucję, ale by ją przemyśleć — w miejsce zgliszcz zaproponować nową antropologię, wskazać szansę na odkrycie kruchej harmonii między tym, co duchowe, a tym, co cielesne. O ile uda się wyhamować pęd do nowego redukowania człowieka, tym razem do jego cielesności — co niewątpliwie stanowi późny koszt buntu sprzed lat. Mam go jednak za przydatny naszej kulturze wstrząs. Już Norwid zwracał uwagę, że człowieka nie sposób obudzić grzecznie. Kontrkultura — wraz z jej częścią, rewolucją seksualną — była moim zdaniem taką właśnie niegrzeczną pobudką.

Jerzy Sosnowski

poprzednia strona 1 2

Mistyka i erotyka

Jerzy Sosnowski

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?