Czytelnia

ks. Andrzej Draguła

ks. Andrzej Draguła, Niekulturalna kultura?, WIĘŹ 2002 nr 10.

Czymś zupełnie innym stanie się kultura, jeżeli – jak chce tego Dobroczyński – jej wyróżnikiem oprócz powszechności uczynimy komercyjność, rozumianą jako sukces medialny (czytaj: finansowy). Wtedy rzeczywiście jej elementem może stać się nawet szanowany utwór klasyczny, jeśli tylko popowej obróbce podda go flecista Tytus Wojnowicz czy skrzypaczka Vanessa Mae. I choć wiem, że tego typu rozrywkowe przeróbki muzyki klasycznej mają swoich zwolenników, a nawet zagorzałych obrońców, którzy widzą w tym procederze próby upowszechniania muzyki poważnej, w moim przekonaniu jest to muzyczne kłamstwo, by nie powiedzieć – skundlenie.

W moim przekonaniu muzycznym kłamstwem jest jednak także proces odwrotny, czyli mówiąc krótko postulowane uszlachetnianie, co proponuje Bartłomiej Dobroczyński. Tak się dzieje w przypadku wspomnianego już „Mazowsza” czy innych tego typu folklorystycznych zespołów, które są po prostu jakimś muzycznym projektem, konceptem. U ich źródeł jest oczywiście dość pierwotna w kształcie muzyka ludowa, która jednak została poddana jakiemuś – właśnie – uszlachetnieniu. W wyniku tego procesu otrzymaliśmy zapewne muzykę bardziej skomplikowaną, poddaną oczyszczeniu, doskonalszą, akademicko wycyzelowaną. Trudno jednak nie zapytać, co ma ona wspólnego z tym naturalnym, choć w odbiorze wielu naiwnym sposobem wyrażania stanów ludzkiego ducha. Ciekaw jestem, co myślą obdarzeni rzeczywistą charyzmą i talentem ludowi twórcy muzyczni słuchając z jednej strony wokalnych popisów naszych flagowych folklorystycznych zespołów pieśni i tańca, a z drugiej tzw. muzyki folkowej, której twórcy potrafią wykorzystać komercyjnie nawet gwarowe odmiany fonetyczne w swoich tekstach i nazwach.

Jako dyletant w kwestii nie wiem, czy w krytyce muzycznej ktoś odwołuje się do kategorii prawdy, prawdziwości czy tożsamości muzyki. Wydaje mi się, że cos takiego istnieje. W tej optyce bowiem szlachetność muzyki w moim przekonaniu nie przejawia się wcale w jej skomplikowanym artyzmie i kanoniczności, a wiele bardziej w tym, z jakich źródeł się rodzi, w tym, co rzeczywiście wyraża.

Najprościej byłoby wzgardzić

Tomasz Wiścicki w czerwcowej „Więzi” dopowiada, że w przypadku muzyki rockowej spotykamy się z towarzyszącą jej ideologizacją. Wyrastają bowiem z określonego kontekstu kulturowego, ideowego, a nawet politycznego. Trudno mi się jednak zgodzić z tezą Wiścickiego, iż taki związek nie odgrywa podobnej roli w przypadku kultury wysokiej. Po prostu o tym zapominamy, gdyż w przypadku muzyki zwanej klasyczną o wiele wcześniej doszło do jej autonomizacji i oderwania się od kontekstu. Dzisiaj coraz częściej słuchamy jej jako wyrafinowanej kompozycji, zapominając, że ona coś mówi i z czegoś wyrasta. A przecież trzeba pamiętać, że chorały Bacha wypływają z luterańskiej koncepcji wiary, msze Mozarta są muzycznym zapisem credo, a muzyka operowa jest wykwitem kultury dworskiej (stąd też zresztą moje przekonanie, że tego, co wyrosło z liturgii, nie powinno się uprawiać w sali koncertowej).

Podobnie jest oczywiście z tworzącą się na naszych oczach kultura masową. Ona też wyrasta z konkretnego ideologicznego kontekstu i odpowiada bardzo określonym stanom emocjonalnym. Tak jest z rockiem jako muzyką buntu pokolenia dzieci-kwiatów. Tak jest z techno, słuchanym przez żyjących dynamicznie (i – mówiąc oględnie – nie zawsze zdrowo) młodych japiszonów. Tak jest też z rapem czy hip-hopem, który jest współczesną, miejską odmiana folkloru. Bezsens jako pierwotne doświadczenie świata odbija się w tej muzyce aż nazbyt ostro.

poprzednia strona 1 2 3 następna strona

ks. Andrzej Draguła

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?