Czytelnia

Jan Paweł II

Zbigniew Nosowski

Nowy Mojżesz, towarzysz w drodze

Ze Stefanem Frankiewiczem, b. ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej, rozmawia Zbigniew Nosowski

Zbigniew Nosowski: Na różne sposoby opisywano, jak Jan Paweł II zmieniał Kościół, świat, Polskę. A czy sam Papież też się zmieniał? Mogłeś go obserwować z bliska, najpierw od samego początku pontyfikatu, przez ponad dziesięć lat, jako redaktor polskiej edycji „L’Osservatore Romano”; potem, z dystansu, przez sześć lat, jako naczelny redaktor „Więzi” i jednocześnie doradca ministra spraw zagranicznych w kwestiach watykańskich, a potem znowu kolejne sześć lat z bardzo bliska, jako ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej... W jaki sposób ten pontyfikat zmieniał samego Papieża?

Stefan Frankiewicz: Pamiętam, że podczas uroczystości inauguracyjnej 22 października 1978 roku żartowaliśmy sobie z Jerzym Turowiczem, że Jan Paweł II porusza się jak cesarz albo król; tak jakby był już papieżem od wielu lat... Nie było w jego postawie onieśmielenia, uderzał ogromny dynamizm, łatwość w nawiązywaniu kontaktu z kilkusettysięcznym tłumem, niekonwencjonalny sposób odnoszenia się do składających mu homagium kardynałów, pewność i zdecydowanie doświadczonego duszpasterza, inaczej niż bywało to u jego poprzedników.

Czy była to już zapowiedź rewolucyjnych zmian w samej tożsamości papiestwa, które miały następować później? Jeśli tak, to na pewno nie była to zapowiedź oczywista dla wszystkich. Nawet powszechnie znane wezwanie “Nie lękajcie się!” dla wielu słuchaczy stanowiło prawdopodobnie jedynie reminiscencję doświadczeń Kościołów zza żelaznej kurtyny, przypomnienie o ich martyrologium i heroicznych wysiłkach, by nie dać się zamknąć w zakrystii, o tym, że nie mogą one pozostawać na peryferiach świadomości Rzymu i całego Kościoła. Wielu odczytało to wezwanie jako projekt stricte polityczny, dając początek trwającym długo oskarżeniom o rzekome upolitycznienie pontyfikatu i ściśle z tym związaną próbę polonizacji Kościoła.

Tymczasem sam Papież wiele lat później w książce „Przekroczyć próg nadziei” (1994) przyznał wyraźnie, że wypowiadając tamten apel, nie mógł w pełni zdawać sobie sprawy z tego, jak daleko jego samego, cały Kościół i świat, słowa te zaprowadzą. „To, co w nich było zawarte, pochodziło bardziej od Ducha Świętego aniżeli od człowieka, który słowa te wypowiadał”. To my – nawet ci z bliska obserwujący działalność nowego papieża – zbyt długo ulegaliśmy pokusie łatwego koncentrowania się na zewnętrznej niezwykłości samego Jana Pawła II jako człowieka, na spektakularnym przełamywaniu przezeń protokolarnych schematów, na przejawach rosnącej popularności, podczas gdy w nim samym trwało mozolne, dokonujące się w samotności uczenie się człowieka, skomplikowania współczesnego świata i odczytywanie znaków czasu w obliczu dezintegracji i zagubienia w posoborowym Kościele.

Od początku było widoczne, że Papież bardzo się spieszy, czas dla niego zatrzymywał się jedynie podczas sprawowania Liturgii, a więc wydarzenia niewątpliwie najważniejszego w jego osobistym życiu i służbie na rzecz naprawy człowieka i świata. Myśmy na ogół za nim nie nadążali i wciąż pozostajemy w tyle, nie zawsze świadomi tego, że on nie tylko uczestniczy we współczesnej nam historii globalnej, ale często z uwagą i przenikliwością wyprzedza wydarzenia i rzeczywiste zagrożenia w Kościele i świecie.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 następna strona

Jan Paweł II

Zbigniew Nosowski

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?