Czytelnia

Cezary Gawryś

Cezary Gawryś, Ona już wszystko rozumie, WIĘŹ 2002 nr 12.

Dawniejsze wiersze Poetki, jak zauważa w cytowanym już tekście Jacek Łukasiewicz, zdradzają pewne pokrewieństwo z kręgiem skamandryckim, zwłaszcza z Iłłakowiczówną i Jerzym Liebertem (także, dodałbym od siebie, z Beatą Obertyńską). Z Iłłakowiczówną – pisze krytyk – łączy Konarską-Łosiową typ liryzmu i postawa życiowej niezależności. Z Liebertem niesentymentalna, dramatyczna religijność. Ale jak wszystkie rzeczywiste powinowactwa z wyboru, te także wzmacniają, a nie osłabiają indywidualność poetki. Jej późne poezje, trafnie choć chłodno stwierdza Jacek Łukasiewicz, są scedzone, treściwe i otwarte na znaki dostarczane przez zmieniający się świat.

*

Ten świat w ciągu długiego życia Poetki podlegał wielokrotnym wstrząsom i zmianom. Była ich wrażliwym świadkiem, zaangażowanym uczestnikiem, czujnym i myślącym obserwatorem.

Poznałem Krystynę Łosiową w 1976 roku, kiedy – po „pacyfikacji” przez władze komunistyczne względnie niezależnej „Literatury” – znalazłem azyl w „Więzi”. Tadeusz Mazowiecki zaproponował mi wtedy stanowisko redaktora technicznego, które akurat się zwolniło. Wykonywałem starannie swoje obowiązki, a jednocześnie brałem udział w pracy zespołu. Byłem szczęśliwy, że znalazłem się w gronie tak ciekawych, wolnych wewnętrznie, niezależnie myślących ludzi. Redakcyjnym spotkaniom towarzyszyła atmosfera powagi, wzajemnego szacunku i przyjaźni. Wspólnie przeżywaliśmy w redakcji wydarzenia w Radomiu i Ursusie, rodzenie się demokratycznej opozycji, śmierć Stanisława Pyjasa, głodówkę w kościele św. Marcina, a potem wielką radość i poryw nadziei po wyborze Karola Wojtyły na papieża. Krystyna Łosiowa zaproponowała mi współpracę z redagowanym przez siebie „Przeglądem zagranicznym”. Kiedy w roku 1979 przeszła na emeryturę, nasza koleżeńska współpraca z czasem przerodziła się w serdeczną przyjaźń.

Odwiedzałem ją często w jej mieszkanku, najpierw przy ulicy Śliskiej, potem przy Puławskiej. Przynajmniej raz w tygodniu spotykaliśmy się na „roboczym śniadaniu” i pijąc pyszną francuską kawę, omawialiśmy ważne wydarzenia, dzieliliśmy się osobistymi przeżyciami i wrażeniami z lektur. A w czasie stanu wojennego, zimą 1982 roku, kiedy redakcja była przez kilka miesięcy zamknięta, a Krystyna akurat złamała rękę, odwiedzałem ją codziennie. Nigdy nie brakowało nam tematów do rozmowy.

Jej skromne mieszkanie – pokój wypełniony książkami, z tapczanem obłożonym prasą, rękopisami listów i wierszy, i z małym okrągłym stołem, na którym zawsze były w wazonie świeże kwiaty podarowane przez kogoś z odwiedzających – było miejscem magicznym, w którym można było poczuć się dobrze. Krystyna, przy całej swojej kruchości fizycznej, miała jakąś niezwykłą siłę wewnętrzną. Mieszkała – od przejścia na emeryturę aż do końca – sama, a nigdy nie skarżyła się na samotność. Wręcz przeciwnie, ceniła sobie bardzo tę swoją życiową niezależność, nazywając ją darem losu i przywilejem. Jej mądrość, równowaga, osobisty urok i delikatność przyciągały – odwiedzało ją wiele osób, ze wszystkich pokoleń. Każdego umiała obdarzyć uśmiechem, wysłuchać, zrozumieć, podnieść na duchu.

Niosła też swoje tajemnice bolesne: samotność dzieciństwa, poczucie wstydu za krzywdę i niesprawiedliwość społeczną (nigdy nie chlubiła się swoim rodowodem), pierwszą młodzieńczą niespełnioną miłość, śmierć pierwszego synka Huberta, pewne raniące doświadczenie w konfesjonale z tamtego czasu, grozę wojny, przedwczesną śmierć męża, stałą troskę o zdrowie i szczęście dzieci... Nie było w niej przy tym cienia żalu, smutku czy koncentracji na sobie (co tak często jest słabością twórców).

Była zwrócona ku innym, ku światu. Umiała się dziwić i zachwycać życiem. Boleśnie reagowała na wszelką ludzką krzywdę, cierpienie i nieszczęście.

I choć się lękam
patrzę na nie
i klękam
na wysypisku śmieci
bo to przecież są one
niechciane i bezdomne
niepokorne
bezprizorne
dzieci

[...]
Śmietnik je żywi
a nocą
ciepła rura w piwnicy przygarnie
i tak dzień po dniu
solidarnie
walczą o lepsze życie

Dopóki nie błyśnie nóż
dopóki nie znajdą się na dnie
gdzie tylko pieniądz w oczy świeci

Nie wystarczało jej współczucie. Czuła się bezsilna i współwinna. Z pasją zadawała pytanie – dlaczego cierpią niewinni? Dlaczego Bóg wysłuchuje modlitw jednych, a zdaje się być obojętny na błagania innych? Gniewały ją zbyt proste, zadowolone z siebie odpowiedzi. Chciała zrozumieć, a przede wszystkim – nie potrafiła być obojętna.

Można wierzyć – choć wali się świat
ufać – jak ślepiec co odrzucił lask
ę ale miłość
musi mieć oczy szeroko otwarte
by nie ominąć żadnego szczęścia
żadnego cierpienia
Wydać wszystko
do ostatniego grosika.

Chciała być uczciwa wobec Boga i nie taiła swoich zwątpień.

My zostaliśmy z pytaniami, na które nie ma odpowiedzi.

Ona już wszystko rozumie.

1 XI 2002

poprzednia strona 1 2 3 4 5

Cezary Gawryś

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?