Czytelnia

Polacy - Niemcy

Piotr Buras, Pamięć jako racja stanu. Niemiecka debata o stosunku do Holocaustu, WIĘŹ 1999 nr 4.

Adwersarze Walsera uznali jego poglądy nie tylko za wątpliwe moralnie, lecz także niebezpieczne politycznie. Wiesel zwracał mu uwagę na to, że swoimi deklaracjami otworzył furtkę, przez którą przemknąć się będą mogli ludzie o innych, znacznie groźniejszych poglądach. Bubis powiedział zaś bez ogródek: z całą pewnością prawicowi ekstremiści będą się teraz powoływać na Walsera.

Już niedługo po pierwszych reakcjach na kontrowersyjne tezy Walsera dyskusja wokół jego przemówienia zaczęła obracać się w zaklętym kręgu mocnych słów i zdecydowanych poglądów, do których zmiany żadna ze stron nie była gotowa. Główna arena sporu stała się domeną trzech starszych panów (Walsera, Bubisa i von Dohnanyiego), zawzięcie obstających przy najdrobniejszych detalach swoich wcześniejszych wynurzeń. Impasu nie zdołało przełamać ani wystąpienie Martina Walsera w wypełnionej po brzegi auli uniwersytetu w Duisburgu, ani uściski dłoni Bubisa i von Dohnanyiego, ani nawet długa rozmowa między dwoma głównymi aktorami sporu, do jakiej udało się ich namówić redakcji „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (notabene gazety, która inspirowała i miała ogromny udział w nagłośnieniu całej debaty). Krytyków Walsera nie przekonały również argumenty jego obrońców: wydawcy „Spiegla”, Rudolfa Augsteina, i pisarki, Moniki Maron.

Jeśli zgodzić się z Janem Rossem, który na łamach „Die Zeit” pisał, że cechą charakterystyczną zachodnioniemieckich debat o przeszłości było to, że jednocześnie dotyczyły one również teraźniejszości i przyszłości, to chyba w jeszcze większym stopniu odnieść można tę wypowiedź do sporu, który został w niemieckich mediach mylnie ochrzczony mianem debaty Walser-Bubis. Historikerstreit oraz inne wzmiankowane tutaj dyskusje ogniskowały się wokół faktów, ocen przeszłości, inaczej mówiąc – zagadnień par excellence historycznych. Debata wywołana mową Walsera z istoty swej i od samego początku poświęcona była pamięci o wydarzeniach, których ocena nie budzi zasadniczo kontrowersji. Tym razem nikt nie pytał o to, w jaki sposób doszło do Holocaustu, czy też, na ile był on zbrodnią „oryginalnie” niemiecką. Teraz stawką stało się miejsce, jakie będzie on zajmował w świadomości przyszłych pokoleń i w jakiej formie pamięć o nim będzie pielęgnowana. Podczas gdy w gronie głównych antagonistów dyskusja utknęła w iście szkolnym sporze o znaczenie słów i pojęć, to silne echo, jakim odbiła się w niemieckich środowiskach intelektualnych, stanowi ważny wkład do debaty o niemieckiej tożsamości końca XX wieku.

Jak zauważył jeden z komentatorów sporu wokół książki Daniela Goldhagena „Gorliwi kaci Hitlera” (wydanej ostatnio po polsku), był on, podobnie zresztą jak wcześniejsze polemiki na temat zbrodni Wehrmachtu, świadectwem sprzeciwu wobec odkreślania niemieckiej przeszłości grubą kreską (Schluβstrich). Skłonność Niemców do nieskrępowanej dyskusji o najbardziej wstydliwych rozdziałach swojej historii jest jednym z filarów niemieckiej kultury politycznej od końca lat sześćdziesiątych i stanowi z pewnością jedno z największych osiągnięć tamtejszego „pokolenia ‘68”. Nie zmienia tej oceny nawet funkcjonowanie niemal nieweryfikowalnych narodowych mitów, takich jak „nieskazitelność” antyhitlerowskiego „Ruchu 20 Lipca”, a jeszcze do niedawna fikcja „szlachetnego Wehrmachtu”. Postawa otwarcia na historię jest także przejawem specyficznej tożsamości narodowej Niemców, wykształconej w opozycji do adenauerowskiego okresu milczenia i zdecydowanego zwrotu ku przyszłości. Dolf Sternberger, autor słynnego terminu „patriotyzm konstytucyjny” (Verfassungspatriotismus), powiedział kiedyś: [My Niemcy] nie wiemy, kim jesteśmy. I to jest właśnie ta „kwestia niemiecka”.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 następna strona

Polacy - Niemcy

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?