Czytelnia

Anna Karoń-Ostrowska

Tomasz Wiścicki

Prawo kanoniczne i kościelna dobra wola

Z ks. prof. Remigiuszem Sobańskim rozmawiają Anna Karoń-Ostrowska i Tomasz Wiścicki

— Czy prawo kanoniczne było przygotowane, czy miało instrumenty do tego, żeby poradzić sobie z tak trudnymi zjawiskami w Kościele, jak homoseksualizm, pedofilia, nieposłuszeństwo księży wobec biskupów czy nadużycia finansowe, które boleśnie dotknęły wspólnotę Kościoła w ciągu ostatnich lat?

Ks. Remigiusz Sobański: Prawo nigdy nie jest w stanie przewidzieć wszystkich przypadków, które mogą się zdarzyć. Stara rzymska maksyma mówi, że prawo podąża za życiem i tak w rzeczywistości jest. Kodeks prawa kanonicznego zawiera — zarówno materialnie, jak i proceduralnie — wystarczające narzędzia do uporania się z tymi wszystkimi trudnymi sprawami, które Państwo wyliczyli i które odbiły się w ostatnich latach głośnym echem w polskich i zagranicznych mediach.

— Jeśli narzędzia prawa kanonicznego są wystarczające, to czym tłumaczyć opóźnienia, czasem ciągnące się latami, w rozwiązywaniu przez Kościół trudnych problemów ?

— Obserwuję — i to nie tylko w Kościele, ale także w polskim życiu społecznym i politycznym —pewną wstrzemięźliwość w stosowaniu prawa. Być może są to pozostałości z czasów realnego socjalizmu, kiedy prawo było narzędziem władztwa klasy panującej. Na przykład Konferencja Episkopatu zgodziła się na to, żeby — jeśli księża biskupi uznają to za potrzebne w swoich diecezjach — wprowadzić kadencyjność urzędu proboszcza. Jej potrzebę uzasadniano problemami zdarzającymi się z niektórymi proboszczami. Byłem przeciwny wprowadzeniu tej zasady, bo w prawie kanonicznym istnieją normy pozwalające zaradzić sytuacji, gdy proboszcz nie staje na wysokości zadania. Można proboszcza przenieść do innej parafii, usunąć ze względu na jego nieskuteczność czy szkodliwość duszpasterską. Jeden z biskupów powiedział mi wtedy, że wolałby nie stosować takich procedur...

Są więc do dyspozycji odpowiednie normy, ale obserwuję w Kościele rosnący dystans do używania w praktyce środków prawnych. Zaważyło na tym zapewne także myślenie „soborowe”, w którym mocniejszy akcent kładziono na aspekty duszpasterskie, a nie na jurydyczne. Stąd może niechęć niektórych biskupów do sięgania po środki dyscyplinujące czy do procedur prawnych, których stosowanie może uchodzić za wyraz niepowodzenia pastoralnego. Wypada też przypomnieć, że zgodnie z duchem Ewangelii i tradycją kanoniczną stosowanie prawnych środków zaradczych winno następować po wyczerpaniu innych sposobów oddziaływania.

Dyspozycja prawa jest tu wyraźna: ordynariusz powinien dopiero wtedy wszcząć postępowanie sądowe lub administracyjne w celu wymierzenia lub deklaracji kary, gdy uznał, że ani braterskim upomnieniem, ani naganą, ani żadnymi innymi środkami pasterskiej troski nie można naprawić zgorszenia lub zaradzić złu (kan. 1341). Jeśli do tego dodać personalistyczne pochylenie się nad jednostką, jak też dość powszechne zróżnicowanie ocen w każdym z tych przypadków — to sytuacja naprawdę się komplikuje i opory przed rozwiązywaniem tych przypadków na drodze prawnej wydają się bardziej zrozumiałe. Nie można też stosować prawa, nie zwracając uwagi na reperkusje społeczne wyroku — już średniowieczni kanoniści uczyli, że nie wystarcza wyrokować sprawiedliwie, trzeba też baczyć na reperkusje społeczne. Są przypadki, w których wydaje mi się, że można było reagować dziesięć lat wcześniej, ale nie mogę twierdzić, że ten, kto postanowił zareagować dopiero teraz, nie miał swoich racji.

1 2 3 4 5 6 następna strona

Anna Karoń-Ostrowska

Tomasz Wiścicki

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?