Czytelnia

Mistyka i erotyka

Tomasz P. Terlikowski, Zdradzona rewolucja, WIĘŹ 2008 nr 7-8.

Destrukcyjne moralnie i społecznie jest rozdzielenie prokreacji i seksualności oraz uzależnienie obu wyłącznie od wolnej woli jednostki. Twierdzenie „Ja chcę mieć dziecko” ma być wystarczającym powodem, by niezależnie od kosztów (także kosztu istnienia zarodków) cel ten zrealizować. Dokładnie tak samo jest z twierdzeniem: „Ja nie chcę mieć dziecka”. Tu także koszty nie mogą stać się przeszkodą, a jakakolwiek próba ograniczenia tej samowoli (czy przynajmniej zachowania wolności sumienia), choćby przez lekarzy czy farmaceutów odmawiających przepisywania hormonalnej antykoncepcji czy wykonania aborcji, spotyka się z wściekłością, a nawet pewnymi formami prawnego przymusu.

Taki seksualno-prokreacyjny woluntaryzm sprawia, że całe społeczeństwa zachodnie, tak jak poszczególne rodziny, przestają być inkluzywne. Zasada maksymalizacji przyjemności prowadzi bowiem do sytuacji, w której społeczeństwo i/lub rodzina zaczynają decydować, kto może, a kto nie może zostać obywatelem lub członkiem rodziny. Ten, kto — z jakichś powodów — nie spełnia kryteriów społecznych lub rodzinnych, może zostać odrzucony. Społeczności dotąd otwarte zamykają się zatem i to tak bardzo, że nawet ci, którym udało się do nich wejść, nie mogą czuć się w pełni bezpiecznie, bowiem decyzja o wykluczeniu — przy założeniu ekskluzywnego charakteru społeczeństwa — także jest możliwa.

Społeczne koszty rewolucji seksualnej nie powinny jednak przesłaniać strat, jakie poniosło z jej powodu samo życie seksualne. Otóż brak stałości, rozwiązłość, szukanie wciąż nowych wrażeń wcale nie przynosi spełnienia, a przeciwnie — jak pokazują powieści Michaela Houellebecqa — są wyłącznie źródłem frustracji i pustki. Życie rodzinne zaś, chronione przez religijno-moralne zakazy i nakazy, często daje możliwość o wiele pełniejszego doświadczenia seksu. Dowodem na to mogą być choćby australijskie badania, z których wynika jednoznacznie, że najbardziej zadowoleni z seksu są ortodoksyjni katolicy i fundamentalistycznie nastawieni protestanci. Dlaczego? Bo — jak wyjaśnia koordynujący badania David Cameron — światopogląd chrześcijański pozytywnie wpływa na relacje w czterech wymienionych przez badaczy kwestiach: poczucie bezpieczeństwa, intymność, harmonia i zrozumienie w kwestii ról płciowych.

Mówiąc więc wprost, rewolucja seksualna nie zadziałała nawet w kwestii, którą wciągnęła na sztandary — nie uczyniła życia seksualnego bardziej przyjemnym. Trudno tu nie przypomnieć starego sowieckiego dowcipu, w którym na lekcji nauczyciel opowiada o cierpieniach dzieci w Stanach Zjednoczonych i radości z życia, masie cukierków i słodyczy w ZSRS. I nagle jedno z dzieci zaczyna płakać. Co się stało? — pyta nauczyciel. — Bo ja bym chciała w tym Związku Sowieckim żyć — odpowiada dziewczynka. I podobnie jest z rewolucją seksualną. Aby doświadczyć tego, co ona obiecuje (czyli szczęścia i seksualnego spełnienia), trzeba zrezygnować ze środków, jakie, jej zdaniem, prowadzą do tego celu.

A żeby to zrobić, trzeba zwyczajnie powrócić do starych sprawdzonych przez wieki historii prawd o człowieku i jego naturze (także seksualnej), łącząc w spójną całość głębokie przekonanie o świętości życia małżeńskiego i związanego z nim seksu (wraz z prokreacją!) ze świadomością, że akurat dziedzina pożycia płciowego jest nie tylko niebywale delikatna, ale także niezwykle wrażliwa na grzech. Pożądliwość, jako namiętność bardzo silna, musi być ograniczana. Nie dla samego ograniczania, ale po to, by mogła spójnie i poprawnie działać i przynosić korzyści.

poprzednia strona 1 2 3 4 następna strona

Mistyka i erotyka

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?