Komentarze

wróć do menu komentarzy

wróć do archiwum

blog Ewy Karabin

Okruchy dnia

blog Ewy Karabin
14 października 2010
Ewa Karabin

Być jak James Dean




W kultowym dla współczesnej popkultury serialu Seks w wielkim mieście po Nowym Jorku jeździ autobus reklamujący prasowe felietony głównej bohaterki hasłem: „Carrie Bradshaw knows good sex”. Od kilku miesięcy po Montrealu mógłby jeździć taki sam z hasłem: „Xavier Dolan knows good movie”.

Xavier Dolan ma 21 lat. Do polskich kin wchodzi właśnie jego drugi film Wyśnione miłości, który Dolan nie tylko wyreżyserował i współprodukował, ale zagrał też w nim główną rolę, napisał scenariusz i zadbał o kostiumy. Takie stężenie aktywności u tak młodego twórcy mogło zakończyć się dramatycznym wykwitem megalomanii, jednak w tym przypadku ze spokojem mogę powtórzyć „Xavier Dolan knows good movie”.

Skojarzenie z serialem o czterech przyjaciółkach z Manhattanu nie jest tu przypadkowe. Film Dolana świadomie bawi się popkulturowymi kliszami, wiedząc, że dziś nikt z nas nie może już od tej rzeczywistości uciec. Ponadto jego bohaterowie (podobnie jak Carrie Bradshaw i jej przyjaciółki) są uwięzieni w formie własnego wyglądu, swoją osobowość spinają sztywnymi zewnętrznymi ramami autokreacji i stylu życia. Rozmowy o dizajnerskich krzesłach i o tym, do jakiej karnacji pasuje pomarańczowy sweter, są naturalnym elementem ich świata. Francis (Dolan) wygląda jak James Dean i nawet nie każe się tego domyślać, od początku wiadomo, że ten wizerunek jest jego wyborem – w tym świecie kreowanie swojego obrazu jest czymś całkowicie oczywistym, można jedynie wybierać sobie lepsze lub gorsze wzorce. Jego przyjaciółka Marie (Monia Chokri) jest kopią Audrey Hepburn – poczynając od starannego koka, przez rozkloszowane sukienki, po retropapierośnicę. Bohaterowie są siebie świadomi nie tylko na poziomie wizerunku – są też błyskotliwi, inteligentni i dowcipni. Francis – wrażliwy, delikatny i romantyczny, Marie – z pozoru ironiczna, twarda, cyniczna. Pewnego dnia poznają Nicolasa (Niels Schneider) – kędzierzawego blond efeba, zblazowaną grację z Botticellego – i oboje zakochują się w nim z całą totalnością pierwszych fascynacji.

O miłości opowiadają tu też inni młodzi ludzie, których afabularne wypowiedzi rwą narrację filmu. Dowcip skrzy się, co chwilę ktoś z publiczności wybucha głośnym śmiechem, ale opowiadane historie rozczulają też i wzruszają, układają się w katalog niedoszłych związków i zakończonych miłości, wiecznego czekania na raj: „Gdyby za każdym razem, gdy odświeżam stronę w swojej skrzynce mailowej, na ziemi umierał jeden człowiek, nikt by nie przeżył” – mówi jedna z bohaterek.

Ten film jest opowieścią o pogoni za złudzeniami, o walce o spełnienie marzeń. Fabuła nie jest przesadnie skomplikowana, bo też nie chodzi tu tak naprawdę o samą historię – liczy się uchwycenie emocji, pokazanie interakcji między bohaterami, rozpaczliwe próby uchwycenia okruchów prawdy zagubionych między artystowskimi deklaracjami o braku sensu życia. Owe próby ukazane są w sposób przepiękny wizualnie, zachwycający sprawnością w poruszaniu się na granicy kiczu, delektujący się niekiedy własną banalnością, która w tym filmie zrobionym przez 20-latka o 20-latkach urzeka i zaraża entuzjazmem. Zresztą, czy film o wyobrażonych miłościach (a tak raczej powinno się przetłumaczyć oryginalny tytuł Les amours imaginaires) nie powinien być utkany właśnie ze wstydliwych, bo banalnych w gruncie rzeczy marzeń?

Jako aperitif polecam zwiastun:



Ewa Karabin poleca:

Dywiz - pismo katolaickie


Komentarze:



Komentarze niepołączone z portalem Facebook

2010-10-15 12:29:26 - Maria Tajchman

Bardzo przekonujący opis. :)
Pójdę obejrzeć. Ciekawe, czy będę miała podobne wrażenia.


Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora.

archiwum (58)

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?