Komentarze

wróć do menu komentarzy

wróć do archiwum

blog Jaremy Piekutowskiego

Podróż do punktu magnetycznego

blog Jaremy Piekutowskiego
12 sierpnia 2014
Jarema Piekutowski

Wielka Kołomyja Elementarna




Gnypowice Wielkie, fikcyjna miejscowość na Górnym Śląsku, lata 60. ubiegłego wieku. W miejscowej szkole wojnę na śmierć i życie toczą ze sobą dwie grupy uczniów - Matusy i Blokerzy. Jednym z najważniejszych elementów tej wojny jest Wielka Kołomyja Elementarna, dziejąca się w okolicach szkolnej łaźni. W największym uproszczeniu: Matusy zaczynają gonić Blokerów (lub odwrotnie), ci gonieni wybiegają jednymi drzwiami, wbiegają drugimi, a wbiegając już siedzą na plecach ostatniego z Matusów (respective Blokerów), tak, że ostatecznie nie wiadomo, kto kogo goni.

Wielką Kołomyję Elementarną opisywał zmarły niedawno Edmund Niziurski, nazwany swego czasu przez "Frondę" "klasykiem myśli politycznej III RP". Ale to nie wszystko. Niziurski okazał się także wieszczem wobec sytuacji dzisiejszego polskiego Kościoła. Jedna frakcja zaczyna gonić drugą, wtedy tamta, puszczona w ruch, siada pierwszej na plecach, i Kołomyja rusza. Po pewnym czasie wszakże uspokaja się. Aż do pojawienia się kolejnego medialnego tematu.

Marcin Hajdecerkiewicz, autor wspomnianego tekstu we "Frondzie", przede wszystkim akcentuje jednak kluczowy dla powieści fakt, że ostatecznie - jak się okazało - Matusy i Blokerzy zamiast ze sobą walczyć, odpisują od siebie zadania. Będę tu abstrahował jednak od tej kwestii. Dla mnie ważniejsze jest coś innego: sam fakt, że w ogóle do Kołomyi dochodzi. Przede wszystkim należałoby sobie zadać pytanie: co musiałoby się stać, żeby do niej nie doszło?

Pierwsza możliwość: musiałoby nie być podziału na Matusów i Blokerów, respective - na kościół "liberalny" i "konserwatywny". Widocznie jednak podział ten jednym i drugim jest z jakichś powodów potrzebny. Podział tego typu bardzo upraszcza widzenie świata, i być może sprawia, że łatwiej jest żyć. Wybitny amerykański franciszkanin, Richard Rohr, pisze w książce "Nagie teraz" o tym, jak bardzo to dualistyczne widzenie może jednak oddalać od prawdy. Bo prawdziwe podziały idą najczęściej po nieco innych liniach niż prosty podział prawica-lewica, liberalizm-konserwatyzm itp. Nie ma się co dziwić, że dzielimy rzeczywistość. Ale powinnością człowieka inteligentnego jest mieć pewien dystans do tego podziału. Potrafił mieć ten dystans Chesterton, który tak samo mocno, jak dyskutował ze Shawem czy Wellsem, tak też przyjaźnił się z nimi w prywatnym życiu. Czy mamy takie przykłady w przeciwnych frakcjach polskiego Kościoła?

Jeszcze jedno: ten dystans nie oznacza relatywizmu czy sceptycyzmu. Wręcz przeciwnie: oznacza bardzo silne przywiązanie do rzeczywistości. Rzeczywistości, która w głębi przekracza powierzchowne, polityczne podziały. Takie podejście pozwala na jasną ocenę, jaka jest prawda w danej kwestii, zamiast oceniania drugiego człowieka w całej rozciągłości, jako stojącego par excellence po dobrej lub złej stronie tylko dlatego, że przynależy do danej grupy.

Druga możliwość: strony musiałyby powstrzymać się od rozpoczęcia pogoni. Także trudna sprawa. Od rozmowy i wspólnego tworzenia dużo łatwiejsza jest bowiem kłótnia czy walka. Pisał już o tym Tischner przy okazji "Chochoła sarmackiej melancholii": Sarmata, człek inteligentny, wyżywa się w dyskusji. Rys jego umysłowości charakteryzuje wszakże to, że "...poziom argumentacji, na którym operuje, nie wykracza ponad poziom teorii, którą uzasadnia, a która jest usprawiedliwieniem porażek i maskowaniem kompleksów z nich wynikających". Wydaje się to podobne do sposobów dyskutowania obu stron owego sporu, a raczej najbarwniejszych i najbardziej medialnych postaci, które ten spór toczą, które przez obie strony Kołomyi są niejako do publicznego toczenia tego sporu wydelegowane. To "delegowanie" postaci medialnych i pozornie wyrazistych jest swoją drogą wielką klęską debaty publicznej ostatnich kilkunastu lat - oglądając choćby programy z lat 90. takie jak "Rozmowy Alethei" z Józefem Tischnerem widzimy, że wyraźnie straciła ona na subtelności i rozumności. Wracając jednak do dualizmu frakcji i do Tischnerowskiego sarmaty: większa lub głębsza perspektywa, wykraczająca poza własną teorię ("mit założycielski") każdej z frakcji, umożliwiałaby porozumienie obu stron. Przekładając to na prostszy język: gdyby obie frakcje zamiast przerzucać się tymi samymi argumentami i konstrukcjami myślowymi przez chwilę skupiły się na "większym obrazie", czyli na perspektywie - wszak mówimy o katolikach! - relacji człowieka z Bogiem, albo perspektywie konkretnego człowieka z jego życiem, problemami, decyzjami (który też każdą ideologię i argumentację przekracza) - wtedy byłoby im dużo łatwiej się porozumieć. Póki wolimy rozmawiać o "patriarchalnej opresji" czy "zagrożeniach postmodernizmu", konkret umyka i pozostaje tylko "argumentacja nie wykraczająca ponad poziom teorii,którą uzasadnia". Ergo: Kołomyja.

Wreszcie trzecia możliwość: nie uciekać, a więc zarazem nie wskakiwać na plecy "przeciwnikowi". Urażony przedstawiciel jednej frakcji w sposób reaktywny, nieświadomy odpowiada najczęściej przeciwnikowi tak, żeby mu w pięty poszło. Tamten nie pozostaje dłużny. Ostatecznie jedna i druga frakcja utwierdza się na swoich pozycjach, ale co gorsza, radykalizuje się wykraczając poza rozsądne granice swoich dotychczasowych poglądów. Siłą napędową tej radykalizacji jest ego, fałszywe "ja", urażone przez drugą frakcję. W pewnym momencie przestaje się już liczyć prawda, a liczy się tylko to, bym ja (moja Sprawa) nie przegrał w tej walce, by czasem nie wyszło na to, że jestem słabeuszem, który nie umie przegadać drugiego. Jedynym wyjściem w takiej sytuacji jest refleksja i zejście z linii ciosu. Gdyby grupa Matusów zamiast uciekać i gonić Blokerów rozstąpiła się, ci pobiegliby prosto pośrodku szpaleru i po chwili zorientowaliby się, że nie ma już kogo gonić. Taka postawa wymaga jednak świadomości i refleksji.

Czy my, ludzie Kościoła, będziemy chcieli przerwać Kołomyję - to zależy od tego, czy postrzegamy nasze "frakcyjne walki" jako element wtórny wobec naszej podstawowej jedności i tego, co najważniejsze, czy też uważamy je za fundamentalne ("grupa przeciwna zmierza do piekła, a my jesteśmy w stanie wojny, więc trzeba uderzać jak najmocniej"). Mam nadzieję, że jeszcze jesteśmy po tej pierwszej stronie. Bo jeżeli nie, będziemy ganiać się po łaźni przez całą wieczność. A Pan Bóg będzie na to patrzył.

Komentarze:



Komentarze niepołączone z portalem Facebook

Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu przez moderatora.

archiwum (2)

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?