Czytelnia

Benedykt XVI

ks. Andrzej Draguła

ks. Andrzej Draguła, Jedną nogą przed soborem , „Gazeta Wyborcza”, 22 listopada 2008.

Drugi ważny element to wciąż bardzo żywa teologia ofiarocentryczna, w czym dopomagają i polskie kaznodziejstwo, i pobożność ludowa skupiona na elemencie pasyjnym, nierzadko bliska błędów teologicznych, co dobrze widać choćby w pieśniach ku czci Serca Pana Jezusa. Wszystko to bardzo wspiera żywotność teologii de facto przedsoborowej tak dobrze wyrażonej w starym rycie. Polski katolicyzm przeniósł tę mentalność, prawie nienaruszoną, do posoborowego rytu i posoborowego Kościoła. Trudności w akceptacji nadzwyczajnych szafarzy komunii i faktyczna niemożność przebicia się z teologią stałego diakonatu są tego chyba najlepszymi dowodami. Wciąż msza św. jest sprawą księdza, a nie wspólnoty. W przekonaniu bardzo wielu wiernych ksiądz robi to samo, co robił, z tą tylko różnicą, że twarzą, a nie plecami do ludzi. Ilu z naszych wiernych ma świadomość, że w kierunku modlitwy kapłana nie chodzi o nich (twarzą czy plecami), ale o Boga (twarzą do Niego)? Na marginesie, trudno się zgodzić z poglądem Bartosia co do nieaktualności tego postulatu. Duchowa oś świata może istnieć tak samo dobrze w świecie przed- i pokopernikańskim.

Papież osamotniony

„Najmocniejsza gwarancja tego, że Mszał Pawła VI może jednoczyć parafialne wspólnoty i może być przez nie kochany, tkwi w tym, że forma ta jest odprawiana z wielką czcią i z dbałością o przepisy liturgiczne. Ukazane w ten sposób będą duchowe bogactwo i teologiczna głębia tego Mszału” - pisze Benedykt. Jestem przekonany, iż prawdziwa sakralność możliwa jest także w nowej liturgii. I nie chodzi tutaj o sakralność skupioną na niej samej, co niestety często jest charakterystyczne dla celebracji w starym rycie. Kryterium prawdziwości celebracji jest życie po jej zakończeniu, a nie stopień duchowego uniesienia. Kapłan, który odprawiając mszę św. starego rytu, skupia się na tajemniczości łaciny i dymu kadzidlanego, niczego nie rozumie. Tajemniczość nie wykreuje Boga tak samo jak ekstatyczne uniesienie sprowokowane pieśniami oazowymi, które coraz częściej przebijają się do naszych liturgii. Zarówno bowiem stara, jak i nowa liturgia może się stać autocelebracją, a nie celebracją Boga.

Bartoś przytacza na koniec dwa przykłady „realizacji” tej samej mszy. Obie skrajne, a co za tym idzie - nieprawdziwe. W pierwszej można się obyć bez człowieka, w drugiej - bez Boga. I jednej, i drugiej może być równie daleko do prawdziwego chrześcijaństwa.

Benedykt XVI nieustannie przepowiada Boga, który wychodzi do człowieka. Z tego podstawowego założenia teologicznego wyłania się także konkretna koncepcja liturgiczna - liturgia, która mając swój pierwowzór w niebie, ogarnia i przemienia człowieka. Reforma liturgiczna wyrastała z dość powszechnego przekonania, że dotychczasowa liturgia być może i od Boga pochodzi, ale coraz mniej już potrafi swym językiem oraz znakami objąć i przemienić człowieka. Nowa - i owszem - obejmowała człowieka, ale w przekonaniu wielu przestała być czynem Boga. Wydaje się, że Benedykt szuka teologicznego kompromisu. I, niestety, mam wrażenie, że jest w tym poszukiwaniu dosyć osamotniony. Zwolennicy starej i nowej liturgii zamiast wzajemnie się poprzez dialog wzbogacać, raczej się okopują w swoich twierdzach. Z liturgicznych decyzji, sugestii i innowacji Benedykta w końcu nie byli i nie są zadowoleni ani (skrajni) tradycjonaliści ani (skrajni) liberałowie, czego wyrazem jest tekst Tadeusza Bartosia. Dla jednych i drugich Benedykt w swych ustępstwach posuwa się zbyt daleko.

Ks. dr Andrzej Draguła

- teolog, kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, pracownik Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Szczecińskiego, członek Laboratorium WIĘZI i Centrum Kultury i Dialogu w Krakowie, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

poprzednia strona 1 2 3

Benedykt XVI

ks. Andrzej Draguła

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?