Czytelnia

Andrzej Friszke

Jacek Borkowicz

Jak opowiadać historię ciekawie?, Dyskutują: Marcin Kula, Wojciech Roszkowski, Henryk Samsonowicz, Andrzej Friszke, WIĘŹ 2004 nr 4.

W. Roszkowski: Otóż tych pomocy jest obecnie może mniej, ale one są lepszej jakości! Na przykład w telewizji kablowej bywają bardzo dobre programy historyczne i ktoś, kto jest zapatrzony tylko w ekran, pstryka pilotem i nagle ogląda film o Aleksandrze Wielkim czy o drugiej wojnie światowej. Owszem, jest coraz trudniej o selekcję i ocenę, bo w ogóle jest natłok wiedzy, informacji z różnych dziedzin, ludzie się bardziej specjalizują. Historia nie pełni też już, jak dawniej, roli zastępczej polityki. Wobec tego, gdy ktoś nie interesuje się życiem publicznym, będzie szukał wiadomości o rybkach czy o gwiazdach. Z tym musimy się pogodzić.

H. Samsonowicz: Przecież żyjemy w dobie internetu Nie ulega wątpliwości, że internet robi czasem wodę z mózgu, ale powiedzmy sobie szczerze, że prasa popularna z czasów mojego dzieciństwa też wodę z mózgu robić potrafiła. Historia, to prawda, pełniła w Polsce rolę szczególną przynajmniej od czasów „Śpiewów historycznych” Niemcewicza, rzeczywiście była polityką, dysponowała własną armią, własną szkołą, własnym językiem, własnym obyczajem, własną tradycją i tożsamością. Pełniła więc role, do których naprawdę nie powinna być używana.

Zgadzam się też co do tego, o czym mówił profesor Friszke, z tym że ja bym nie bał się nadmiernie tego, że książka przestaje odgrywać dominującą rolę. Zajmuję się czasami, w których dominowała kultura oralna, mówiona, zaś to, co dzieje się teraz, przypomina mi powrót do dominacji kultury oralnej, po krótkiej przerwie, spowodowanej wynalazkiem Gutenberga. Choć, przyznaję, ja sam nie jestem z tej kultury, wolę pisaną.

W. Roszkowski: Raczej niż oralna, jest to kultura wizualna. To nie jest powrót do sposobu przekazywania doświadczenia przez opowieść, której treść zapamiętuje się w sposób czysto abstrakcyjny. Teraz jest kultura, w której skojarzenia są raczej materialne. Coś się widzi — i to jest prawda.

Czy nauczana współcześnie historia winna być dydaktyczna?

H. Samsonowicz: Historyk nie uniknie stosowania ocen. Można oczywiście pisać beznamiętnie o niewolnictwie w Brazylii, ale wtedy wypada chociażby przez literackie skrzywienie brwi zasugerować, że warunki życia tych niewolników nie zasługiwały na pochwałę.

Nie myślałem o poziomie uniwersalnych zasad. Europejska historiografia sto lat temu była zupełnie inna, niż dziś. Służyła ołtarzowi, tronowi, miała umoralniać. Młody człowiek, który przeszedł taką edukację historyczną, miał być dobrym obywatelem, chrześcijaninem, wreszcie żołnierzem. Teraz jest zupełnie inaczej i tej różnicy nie sposób nie dostrzec.

W. Roszkowski: Każda forma naszej ludzkiej ekspresji w jakimś sensie służy perswazji. Chcemy pokazać innym swój sposób widzenia świata i przez to nakłaniamy ich do przyjęcia tej perspektywy. Pytanie tylko — co to jest za sposób? Jeżeli to jest prymitywna, natrętna dydaktyka, to oczywiście w dzisiejszym świecie, z dzisiejszą młodzieżą, a zwłaszcza z Polakami zamierzonych efektów ona nie osiągnie. Jednak mądra, wszechstronna i pogłębiona dydaktyka zawsze będzie historii potrzebna. Ważne jeszcze, do czego ma przekonywać. I tutaj zapewne do końca się nie zgodzimy, bo każdy z nas będzie miał inną hierarchię ważności tego przekazu.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 następna strona

Andrzej Friszke

Jacek Borkowicz

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?