Czytelnia

Tomasz Wiścicki

Tomasz Wiścicki, Kraj jak pole bitwy, WIĘŹ 2007 nr 3.

Wychodzimy z terenu manifestacji. Mijamy posterunek, ogrodzenia — i trafiamy na ruchliwą, wielkomiejską ulicę. Z boku stoją oplakatowane autobusy, które przywiozły demonstrantów, obok nich normalny ruch. Vis vis zaczyna się ulica modnych klubów. Tłumy młodzieży niczym nieróżniącej się od rówieśników z Paryża, Londynu czy Warszawy, zza otwierających się drzwi dochodzi hałaśliwa muzyka. Nad ulicą, w poprzek zawieszone — niczym memento — portrety. Pierre Dżemajel, młody minister przemysłu, przedstawiciel potężnego maronickiego rodu, zginął zastrzelony w listopadzie. W 1982 roku jego stryj, Baszir, niekwestionowany przywódca swej społeczności, zginął wysadzony w powietrze, co dało początek masakrom Palestyńczyków, sprzymierzonych wtedy z Syrią. Z innych portretów uśmiecha się jasna blondynka. To May Chidiac — gwiazda politycznych programów miejscowej telewizji. Bombę podłożono w jej samochodzie. Dziennikarka przeżyła, straciła rękę i nogę.

Ulica klubów, namiotowe miasteczko demonstrantów, portrety ofiar, patrole, normalny ruch uliczny, transportery opancerzone — to wszystko w odległości dziesięciu-piętnastu minut pieszo. I jeszcze budynek redakcji gazety „An-Nahar”, która odegrała wielką rolę w antysyryjskiej mobilizacji w 2005 roku. Obok niego pomnik — duża, siedząca figura Samira Kassira, zamordowanego dziennikarza tej gazety. I jeszcze sunnicki meczet, a obok — mauzoleum, w którym spoczął premier Rafik Al.-Hariri, z innego możnego rodu, tym razem sunnickiego, wraz z siedmioma ochroniarzami. To ten właśnie mord zapoczątkował antysyryjski protest.

Miejsca, w których zginęli Pierre Dżemajel i Rafik Al.-Hariri, są wciąż ogrodzone, pilnuje ich wojsko. Widać dom zrujnowany przez bombę, która pozbawiła życia premiera i jego obstawę. Biały, naznaczony śladami kul mikrobus ministra stoi w miejscu zamachu. Libańczycy mają nadzieję, że powstanie niezależny trybunał, który ustali sprawców zamachów na polityków i dziennikarzy. Powszechnie uważa się, że ślady wiodą ku syryjskim służbom specjalnym, ale co innego powszechne przekonanie, a co innego — konkretna wiedza.

GhassanMuchider, prawosławny chrześcijanin, deputowany do parlamentu z partii gen. Aouna, twierdzi, że powołanie trybunału zależy od tego, jaką rolę dla Syrii w rozwiązaniu kryzysu wokół Iranu i Iraku przewidzą Stany Zjednoczone. Jeśli Amerykanie uznają, że reżim Baszira Al.-Asada może im być potrzebny — żadnego trybunału nie będzie. Jeśli dojdą do wniosku, że poradzą sobie bez Syrii — będzie trybunał.

Kraj bez większości

To bardzo charakterystyczne — w rozmowach z Libańczykami stałym motywem jest poczucie, że los ich kraju jest zależny od interesów obcych potęg, że są polem bitwy toczonych, także ich rękami, przez możnych tego świata. „Jesteśmy ofiarami par excellence” — mówi młoda pielęgniarka, wolontariuszka w pomagającemu więźniom stowarzyszeniu AJEM (Associacion Justice et Misricorde — Stowarzyszenie Sprawiedliwość i Miłosierdzie). Można to zbyć wzruszeniem ramion — mieszkańcy iluż krajów mają takie poczucie; poza tym taka postawa może odebrać jakąkolwiek chęć do działania. Jednak w kraju z taką, jak Liban, historią — to czysty realizm.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 następna strona

Tomasz Wiścicki

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?