Czytelnia

Tomasz Wiścicki

Tomasz Wiścicki, Kraj jak pole bitwy, WIĘŹ 2007 nr 3.

Splot interesów zagranicznych i lokalnych jest zresztą nie do rozwikłania. WedługMuchidera, spośród partii wspierających demonstracje oni, chrześcijanie-maronici, ofiary Syrii, rzeczywiście pragną trybunału. Inaczej rzecz się ma z Hezbollahem i innymi partiami prosyryjskimi. Ich poparcie dla powołania trybunału jest czysto werbalne — jeśli za zamachami stoją syryjskie służby, ich libańskimi kontaktami były właśnie ugrupowania wspierane przez ten kraj.

Rozmawiamy w domu deputowanego w Beit Mery — miasteczku na wzgórzach górujących nad Bejrutem. Budynek, skromny z zewnątrz, w środku urządzony w sposób znamionujący nieostentacyjną zamożność. Bezszelestnie wsuwa się dalekowschodnia służąca z kawą i herbatą, równie niepostrzeżenie znika. Gospodarz, ubrany z dyskretną elegancją, ze swadą, płynnie przechodząc z nienagannej francuszczyzny na angielski niemal bez obcego akcentu, wyjaśnia zawiłości sytuacji politycznej swego kraju.

Zasadniczą sprawą jest zmiana dotychczasowych zasad podziału władzy pomiędzy poszczególne społeczności religijne. Obecnie — zdaniem chrześcijańskiego polityka — to właśnie chrześcijanie są dyskryminowani, na przykład przez ordynację wyborczą. W tle pojawia się częściowa rezygnacja z dotychczasowych reguł, na których oparte jest funkcjonowanie libańskiego systemu politycznego, zbudowanego na zasadzie reprezentacji poszczególnych społeczności. Według tych zasad, prezydentem kraju jest zawsze chrześcijanin, premierem — sunnita, a przewodniczącym parlamentu — szyita. Muchider, opowiadając się za państwem bardziej świeckim, nie proponuje rezygnacji z tych prawideł, ale ich ograniczenie na rzecz systemu bardziej unitarnego, traktującego — tak jak w większości krajów demokratycznych — społeczeństwo przede wszystkim jako całość, co najwyżej uzupełniając to elementami strzegącymi praw mniejszości. Ale w Libanie są same mniejszości...

Inaczej rozkładają akcenty przedstawiciele organizacji LACR (Lebanese Association for Civil Rights — Libańskie Stowarzyszenie na rzecz Praw Człowieka), propagującej zasady non violence. Oni wyraźnie tęsknią za świeckim państwem unitarnym, w którym każdy jest po prostu obywatelem, a wyznanie jest sprawą osobistą. Dla nich system „sektowy” — jak to nazywają — jest źródłem konfliktów i im skuteczniej się od niego odejdzie, tym lepiej. Mimo że wymieniają Muchidera jako swego wielkiego sojusznika w obronie praw człowieka, różnice są widoczne. Czy jest to rzeczywista różnica poglądów? A może tylko odmienność języków — polityka, przyzwyczajonego do mierzenia zamiarów podług sił, i działaczy społecznych, którzy mierzą siły na zamiary? Czy ich sojusz jest tylko taktyczny, czy jednym i drugim chodzi w istocie o to samo?

Jednym z naszych gospodarzy jest młody, trzydziestokilkuletni człowiek, były bojownik Hezbollahu. Do organizacji trafił, bo w jego stronach w rękach Hezbollahu jest cała „infrastruktura społeczna” — szkoły, szpitale itd. W pewnym momencie uświadomił sobie, że kroczy drogą donikąd. Sądzi, że gdyby się nie wycofał — dziś by już nie żył. A przy okazji zraził się do religii, która w jego dotychczasowym środowisku jest instrumentem polityki. Dziś propaguje non violence — zadanie niełatwe w społeczeństwie, które wyrzeczenie się przemocy uznaje za równoznaczne z poddaniem się woli silniejszego. Ich organizacja przekonuje, że można, nie wyrzekając się celów, zrezygnować z siły jako środka.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 następna strona

Tomasz Wiścicki

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?