Czytelnia

Jerzy Sosnowski

Jerzy Sosnowski, Krytyk Jekyll i pisarz Hyde, WIĘŹ 2003 nr 4.

KRYTYK: Opowiem ci pewną historię. Kilka miesięcy temu spotkałem znajomego z telewizji, który realizował tam przez jakiś czas program o książkach. Wyszedłem właśnie z kina; film ogromnie mnie wzruszył. Zacząłem o nim mówić — i mój znajomy nagle wybuchnął śmiechem. „Wiesz — stwierdził, wycierając łzy, które aż mu pociekły po policzkach — zawsze mnie bawiła twoja egzaltacja”. I teraz pytanie: który z nas jest lepiej przystosowany do życia w środowisku redaktorów, krytyków, komentatorów życia literackiego? I po ilu takich rozmowach rozumny człowiek zaczyna oszczędnie opisywać swoje pozytywne emocje? Czy ty żyjesz od wczoraj, nie wiesz, że jeśli sypnę złośliwościami pod dowolnym adresem, będę uchodził za człowieka błyskotliwego? A jeśli pochwałami — spotkają mnie drwiny lub insynuacje, że załatwiam w ten sposób jakieś pokątne interesy? Krytycy literaccy są i tak łagodni. Sprawdź, co wypisują recenzenci teatralni. Jak popisują się tym, co uważają za swoje poczucie humoru. Jeśli ci to nie odpowiada, po prostu przestań publikować. Nie ma obowiązku. Widocznie jednak uznajesz, że przykrości, jakie cię spotykają, są równoważone przez satysfakcję (płynącą na przykład stąd, że napisałeś mniej więcej to, co chciałeś napisać, albo stąd, że jakiemuś czytelnikowi chciało się wysłać do ciebie list z informacją, że polecił twoją książkę znajomym). Więc spróbuj zachować dystans do „życia literackiego”, zamknij starannie drzwi (ale „śmiało otwórz każdemu” — jak 130 lat temu pouczał Aleksander Świętochowski) i pisz. Każdy ma jakiś rodzaj ascezy, przed którą nie ucieknie.

*

Co jest słabością tego dwugłosu? Nieobecność... czytelników. Relacja między krytykami a literatami, zawsze i z definicji zaogniona, jest bowiem — wbrew pozorom — całkowicie drugorzędna. Krytyka literacka, podobnie jak twórczość, ma sens, o ile stanowi służbę wobec publiczności (co nie musi, a nawet nie powinno oznaczać schlebiania jej najtańszym gustom). W teorii krytykom zdarzało się głosić, że wobec ogrodu literatury pełnią funkcję ogrodników: tam gdzieś coś przytną, ówdzie podsypią, wyrwą chwast — i piękne teksty pięknie się plenią. Ale w praktyce np. działalność Wyki wobec poezji Baczyńskiego albo komentarz Marii Komornickiej do dwóch pierwszych tomów „Chłopów” Reymonta (ogłoszony w „Chimerze”) były raczej jak wprowadzanie czytelnika do wnętrza wartej poznania, a skomplikowanej budowy.

Jeśli przez chwilę trzymać się tej architektonicznej metafory, to dziś sytuacja wygląda tak, że autorzy mają (jak zwykle) poczucie, że projektują pałace, publiczność przechadza się po nich jak po dworcach, a krytycy zawzięcie twierdzą, że są to najwyżej szopy i stodoły; a jeśli zachwycą się czymś, to labiryntem na odludziu, albo dziełem wielokrotnie już pochwalonym, najchętniej zagranicznym (przypadek „Wojny polsko-ruskiej...” okazuje się w tym kontekście sympatycznym wyjątkiem). W gruncie rzeczy wszyscy mają bardziej lub mniej jasne przeczucie, że kiedyś było lepiej — publiczność mądrzejsza, krytycy uważniejsi, pisarze bardziej uzdolnieni. Jako entuzjasta „Wesela” Wyspiańskiego, gdzie dość dobrze pokazano, jak rodzą się i jakie mają skutki takie kompleksy wobec przeszłości (łzy mnie pieką, łzy mnie pieką, czymże bym ja tam być miał), tę nostalgię za Gombrowiczem, Kwiatkowskim i ludźmi, którzy rozkupili w tydzień cały nakład „Ulissesa” Joyce'a, mam za uczucie nie do końca uzasadnione, a z pewnością pustoszące warunki, w których mogłaby powstać zniewalająco piękna literatura. Choć jest prawdą, że i ja nie jestem w stanie wskazać następców Gombrowicza. Ani Kwiatkowskiego.

Póki jednak istnieje publiczność, która chce czytać nasze książki i nasze recenzje, póki spotykamy czytelników, którzy deklarują, że ważne było dla nich przeczytanie napisanej przez nas książki lub recenzji — desperowanie na temat chorób współczesnego życia literackiego jest być może, paradoksalnie, ich głównym przejawem.

Jerzy Sosnowski

Jerzy Sosnowski - ur.1962, dziennikarz i literat, laureat Nagrody Kościelskich (2001). Autor książek: „Apokryf Agłai”, „Wielościan”, „Linia nocna”; (wszystkie opublikowane w WAB). W przygotowaniu: „Prąd zatokowy” (ukaże się jesienią br.). Pracuje w radiowej „Trójce”. Mieszka w Warszawie.

1 Poniekąd powtarzam w ten sposób tezę Jarosława Klejnockiego, wyłożoną w „Tygodniku Powszechnym”. Jednocześnie jednak zwracam uwagę, że żaden z nas nie jest w tej ocenie wiarygodny: sto lat po narodzinach psychoanalizy nie jesteśmy w stanie odpowiedzialnie zapewnić, że nie przemawia przez nas nieświadoma zawiść. Właśnie dlatego, ceniąc Klejnockiego jako poetę, dziwię się, że ryzykuje podobne zarzuty, łącząc publikowanie wierszy i esejów z działalnością krytyka. Co prawda — nie on jeden.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 6

Jerzy Sosnowski

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?