Czytelnia

Kościół jest kobietą

Gabriela Janikula

Kościół jest kobietą - ankieta


Co mnie JAKO KOBIETĘ cieszy w naszym Kościele?

Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie. Z pozoru bardzo proste, a jakże trudne. Najbardziej cieszy mnie sam fakt i rzeczywistość bycia kobietą. Ja jestem kobietą w naszym Kościele. Jakże to brzmi wspaniale i dumnie. Przez moje ręce, mój umysł, moje talenty, moją wiedzę, moje umiłowanie Kościoła, moją wiarę, moje siły od 30 lat w tym Kościele (najczęściej partykularnym) coś się dzieje. Ja poprzez posługę Słowa – w katechezie, rekolekcjach, wykładach na wydziale teologicznym jednego z polskich uniwersytetów, artykułach naukowych i popularnonaukowych uczestniczę w życiu Kościoła; ja tworzę ten Kościół. Ja jestem tym Kościołem, ja żyję w tym Kościele.

Cieszy mnie w Kościele coraz wyraźniejsze lub „wyostrzone” dostrzeganie posługi i charyzmatów kobiet. To są rożne posługi i charyzmaty: charyzmat kobiety, Matki, naukowca, zakonnicy, działaczki – aktywistki, mistyczki.

Cieszy mnie to, że w sprawach wiary i moralności kobiety mogą zabierać głos, a nawet „podnosić” głos. Kościół obecnie na nowo odkrywa kobietę jako współpracownika w Dziele Nowej Ewangelizacji. Już w szkole Apostoła Narodów byli nie tylko mężczyźni, ale również wiele kobiet. Dzieje Apostolskie i List pozwalają poznać „z imienia” około 15 z nich: Apia, Damaris, Eunice, Ewodia, Febe, Julia, Klaudia, Lidia, Maria z Rzymu, Nimfa, Persyda, Pryscylla, Syntycha, Tryfena, Tryfora. Zapewne nie jest to pełna lista współpracownic św. Pawła, może jednak dziwić zarówno liczba, jak i otwartość Apostoła na niewieście zaangażowanie i współpracę. Paweł znał przecież utrwalony wówczas porządek społeczny (por. 1 Kor 14,34n; 1 Tm 2,11n; Tt 2,5; 1 P 3,1), a jednak docenił kobiecą wrażliwość i intuicyjny styl ich posługi. W świecie hellenistycznym i diasporze żydowskiej, w których Apostoł Paweł szerzył swoją misję, ceniono kobiety światłe i odważne. Docierały one tam, gdzie zupełnie nie udawało się mężczyznom. Nawracały mężów i braci metodami, które znane były tylko „płci pięknej”. Niektóre z nich, przygotowane w „szkole Słowa” Apostoła Pawła, stały się „kwalifikowanymi” nauczycielami i katechetkami.

Ta obecność kobiet jest jeszcze mocno śladowa w środowisku teologicznym naukowo-eklezjalnym. Przed wielu laty śp. Stanisława Grabska, pierwsza kobieta świecka, która obroniła doktorat z teologii, była iskierką nadziei na zmianę obecności kobiety w naszym Kościele. Obecnie mimo braku przeszkód do studiowania teologii przez kobiety, jest ich niezmiernie mało w teologicznym środowisku naukowym. Na poziomie magisterium z teologii obecność kobiety jest akceptowana. Doktorat z teologii też jest już w naszym kościele możliwy. Natomiast habilitacja jest ciągle jakby poza zasięgiem jej możliwości. Niby nic nie stoi na przeszkodzie a jednak jest coś, o czym się nie mówi – są trudności w pełnym zakorzenienia się kobiety w tej rzeczywistości. Na tym etapie drogi naukowej brak jest wsparcia ze strony Kościoła partykularnego (zachęty i pomocy finansowej). Brak zapewnienia o dalszym zatrudnieniu na miarę zdobytej wiedzy. Można powiedzieć, że Kościół lokalny bardzo często boi się obecności kobiety teologa naukowcy-wykładowcy. Po prostu nie wie, co zrobić z taką kobietą, jak wykorzystać jej wiedzę, umiejętności i zapał. Ona tak bardzo nie pasuje do dawnego schematu teologa-kapłana. Znam kilka kobiet z doktoratem z teologii, które nie znajdują pracy na wydziałach teologicznych tylko dlatego, że są kobietami. To zaś jest nie tylko niesprawiedliwe, ale mocno podważające wszelką naukę i kompetencje tych, którzy przyznali im tytuł naukowy. W Polsce nie ma ani jednej kobiety z tytułem profesora teologii. Myślę, że i na świecie jest niewiele takich kobiet, jak np. Mary Shawn Copeland – Afroamerykanka, profesor teologii na jezuickim uniwersytecie Boston College, która w 2003 roku została wybrana na prezesa Amerykańskiego Stowarzyszenia Teologów Katolickich (The Catholic Theological Society of America).

Wydaje mi się (subiektywna opinia), że kobieta teolog-dogmatyk/mariolog potrafi pełniej od mężczyzny zrozumieć tajemnicę niepokalanego poczęcia, macierzyństwa, narodzenia i cierpienia dziecka. Dzieje się to w płaszczyźnie Kobieta (Maryja) – kobieta. Teolog kobieta bardziej dąży w swej naturze do pokoju i pojednania, do strzeżenia „ogniska domowego”, a zatem sprawy ekumenizmu znowu mogą być przez nią inaczej postrzegane niż przez teologa mężczyznę.

Zupełnie inną obecnością kobiety Kościele jest obecność medialna – obecność w mass-mediach. Zawsze w telewizji publicznej jedną z prowadzących programy w Dni Papieskie jest kobieta. Jej ciepło, wrażliwość, elegancja – pokazuje świat ludzi wierzących poza perspektywą koloratki, habitu (żeńskiego i męskiego) czy krawatu.

Ponadto od wielu już lat w Telewizji Puls w sobotni wieczór możemy oglądać dialog pomiędzy kobietą (panią Agnieszką) a mężczyzną, który zazwyczaj jest kapłanem. Konwencja tego dialogu jest oparta o pytania, które zadaje kobieta. Intuicja kobiety, jej dociekliwość, inwencja prowadzącej program, pozwala widzom odkrywać „drugie dno” Ewangelii w sposób bardzo bliski rzeczywistości życia (jeden z gości, mówiąc o dźwiganiu krzyża, dokonał porównania do siatek z zakupami, które codziennie dźwigają kobiety).

W niedzielne przedpołudnie w programie Między Niebem a Ziemią (TVP1), możemy dostrzec kolejną obecność kobiety. Patrząc na ten fakt, można zapytać, po co tam kobieta. Czy kapłani lub prowadzący program nie dadzą sobie sami rady? Czy kobieta jest tylko okrasą telewizyjnego studia? Nie, jej obecność jest czymś więcej. Jest nowym wizerunkiem Kościoła. Jest dostrzeżeniem kobiecej mądrości i teologicznej „obecności” tu i teraz. Kościół potrzebuje dla pełni swojego obrazu elegancji kobiety, jej wrażliwości na piękno, na detal, na zapach. Często można usłyszeć w środowisku sióstr zakonnych – takie słowa, płynące z ust kapłana: u sióstr tak ładnie ; siostry to zawsze tak smacznie ugotują; siostra to ma wyczucie piękna i tak ślicznie układa te bukiety…

To nie są komplementy, to stwierdzenie faktu. To dostrzeżenie kobiecej wrażliwości na piękno i szczęście. To malowanie obrazu Boga, który jest piękny i szczęśliwy (por. KKK 1). Malarką tego obrazu jest KOBIETA w Kościele.

Cieszę się, że mogę w tym wszystkim uczestniczyć. W naszym Kościele zaczyna się dialog z kobietami i o kobietach. Ostatnie kanonizacje kobiet-osób świeckich wskazują na dostrzeżenie po wielu wiekach ich charyzmatycznego posługiwania. To cieszy. A najbardziej cieszy to, że kobieta może być teologiem i nie tylko wyuczonym, ale nade wszystko posługującym i aktywnym apostolsko i naukowo.

Co mnie JAKO KOBIETĘ w naszym Kościele niepokoi, co mi przeszkadza, co mnie denerwuje?

Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie. Z pozoru bardzo proste, a jakże trudne. Boli mnie, że Kościele tak powoli budzi się zaufanie do kobiet. Z jednej strony mają one tak, jak mężczyźni łaskę wiary, nieograniczony dostęp do sakramentów, wiedzy, w tym teologicznej i możliwości zdobywania stopni naukowych w tej dziedzinie, mają powołanie do świętości – równą mężczyźnie godność Dziecka Bożego. Na pozór mogłoby się wydawać, że wszystko jest tak w naszym Kościele równe, sprawiedliwe i wypływające z zamysłu prawa Bożego. W pełni akceptuję to, że Jezus nie powołał kobiet do grona Dwunastu. Wiem jednak, że od początku istnienia Kościoła były one jego pełnoprawnymi członkiniami (Dz 8, 12.17) i tak, jak mężczyźni, współpracownikami Apostołów w krzewieniu wiary (Rz 16, 3. 12; Flp 4, 2-3). Zgodnie z ówczesnym obyczajem nie nauczały publicznie (1Kor 14, 34n; 1Tm 2, 12), ale czyniły to prywatnie (Dz 18, 26; Tt 2, 3-5).

W tej postrzeganej przeze mnie obecności kobiety w Kościele jest jednak coś, co boli. W spojrzeniu na kobietę jest dzisiaj w naszym Kościele wiele zniekształconego jej obrazu. Dlaczego kobieta – wzorowa matka, niewiasta wierna (żona jednego męża) albo siostra zakonna lub osoba samotna, ale zawsze chrześcijanka-katoliczka, nie może być np. szafarzem nadzwyczajnym Eucharystii, głosić Słowa Bożego podczas sprawowanej liturgii? Przepisy kanoniczne są naciągane do nadinterpretacji, że te posługi są zastrzeżone dla mężczyzn. Wiem jakie jest odniesienie do mnie, gdy mówię, iż głoszę rekolekcje. Zazwyczaj jest dopowiedzenie (nie moje) adwersarza – ale w szkole , dla dzieci itp. Dlaczego siostry zakonne piszące niejednokrotnie teksty pobożnych rozważań, teksty nauk rekolekcyjnych, różnego rodzaju medytacje, nie mogą zatem bez zadziwienia innych głosić i prowadzić rekolekcji? Niedawno byłam świadkiem innego zadziwienia, zacnego już w latach i tytułach naukowych kapłana, gdy młoda asystentka pewnego wydziału teologicznego na pytanie, co robi w danym seminarium – odpowiedziała, że prowadzi ćwiczenia w zakresie teologii pastoralnej. To zadziwienie sięgało głębiej – jak to możliwe, że kobieta uczy przyszłych kapłanów, jak mają duszpasterzować? A przecież Kościół w Polsce jest w 70% kościołem kobiet i dla kobiet. Czy zatem nie jest właściwe – aby kobieta wskazywała jak należy duszpasterzować wśród kobiet i dla kobiet? Kobieta ma właściwą sobie – wypływającą z jej natury – intuicję i wrażliwość. Stanowi ona uzupełnienie dla mężczyzny. Powinna zatem stanowić też uzupełnienie w działalności duszpasterskiej Kościoła. Nie powinno być „blokowania” posługi słowa dla kobiet w Kościele.

Niewiasty od samego początku miały swoje miejsce w misji ewangelizacyjnej Kościoła. Ewangelia przypomina przecież, że „wielu (…) zaczęło w Niego [Jezusa] wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej…” (J 4,39). Pierwszym środkiem ewangelizacji jest świadectwo potwierdzone życiem (EN 41). Wiedział o tym Apostoł Narodów, dlatego pierwszy uznał równość mężczyzn i kobiet „w Chrystusie” (Ga 3,28) i zaprosił niewiasty do aktywnego udziału w życiu Kościoła.

Kobieta jest bogactwem Kościoła ze swoim cielesnym i duchowym macierzyństwem. Łatwo jest w sytuacji jakiejkolwiek posługi apostolskiej (prowadzenie kuchni na plebani, katecheza w szkole, praca w poradni parafialnej) przyjąć to duchowe macierzyństwo. Natomiast to macierzyństwo cielesne i fizyczne, urzeczywistniane w kolejnym nowonarodzonym dziecku jest niejednokrotnie niemile widziane w Kościele partykularnym. Bo cóż to za „duszpasterz”, którego nagle nie ma i to nie ma przez kilka miesięcy. Tutaj pojawia się jeden z problemów polskich kobiet z Kościołem. W Kościele mówimy o szacunku do życia, zachwycamy się kolejną odważną wielodzietnością, a niejednokrotnie katechetka-matka zostaje zwolniona z powodu macierzyństwa, a na jej miejsce przyjmowany jest katecheta-mężczyzna (bo on nie będzie miał urlopu macierzyńskiego). Piszę o tym, bo znam kilka takich przypadków, a one bolą … bardzo bolą.

Jest jeszcze w naszym Kościele sprawa wynagradzania dla kobiet Zacytuję kilka przykładów z WIEŹ 2(556) Luty 2005.

Pamiętam ogromne wzburzenie pewnego proboszcza, u którego pracowałam, gdy jako młoda siostra zakonna ośmieliłam się po kilku miesiącach (od oficjalnej decyzji kurii) upomnieć o podwyżkę. Podobno popełniłam ogromny nietakt wobec pracodawcy,

Czy istnieje zatem różnica w poziomie wynagradzania za te same posługi wykonywane przez kapłana i siostrę zakonną? Nie potrafię dać jednoznacznej odpowiedzi, raczej powiedziałbym: „tak” i „nie”.

Przypominam sobie kolejne swoje zaskoczenie, kiedy – po pierwszych wygłoszonych przez siebie rekolekcjach – zaglądnęłam do otrzymanej od proboszcza koperty (to tradycyjna forma rekolekcyjnej zapłaty). Chciałam zwrócić połowę kwoty, bo wydała mi się zbyt wielka, ale ksiądz powiedział: „Niech siostra weźmie, bo tyle musiałbym zapłacić księdzu”. Można z tych słów wyprowadzić wniosek, że istnieje coś takiego jak nierówne wynagradzanie różnych osób za tę samą pracę. Potrzeba więc odwagi – której nam, siostrom zakonnym, ciągle brakuje – aby postawić pytanie: czy za daną posługę duszpasterską ofiaruje się przysłowiowe „co łaska” konkretnej osobie jako siostrze i kobiecie czy jako księdzu i mężczyźnie? – bo niejednokrotnie jest to znaczna różnica. Czasami ofiary składane za posługę rekolekcjonistki tchną praktycyzmem proboszcza, który jeszcze dorzuca parę groszy na podróż, a czasem napełnione są tylko mocną jego wiarą, że zakonnica jest tak uduchowiona, iż bez płacenia za bilet potrafi przefrunąć te kilkadziesiąt kilometrów dzielących ją od domu, w którym mieszka.

Myślę, że mówiąc o problemach Kościoła z kobietami, kobiet z Kościołem należy powiedzieć, że w naszym Kościele są problemy miedzy ludzkie i między instytucjonalne. Szacunek do kobiety wynosi się z domu rodzinnego. A zatem od tego, jakie będą rodziny, a w tych rodzinach, jacy będą mężowie i ojcowie, a z tych rodzin, jacy będą kapłani; będzie wzrastał lub malał szacunek do kobiety w Kościele oraz zaufanie do jej charyzmatów, zdolności i profesjonalizmu.

Kobieta, aby być ekspertem np. od teologii nie musi być szafarzem sakramentów i szukać swego miejsca przy ołtarzu. Ja nigdy nie miałam z tym problemów. Pan Bóg dał mi łaskę odkrycia swojego miejsca w Kościele. Cieszy mnie zatem, gdy kapłan dostrzega charyzmat mojej kobiecości i np. kieruje do mnie na rozmowę osoby z problemami, mówiąc przy tym – wy kobiety lepiej się na tym znacie. To jest piękne dowartościowanie kobiety w Kościele – w naszym Kościele.

Wydaje mi się, że za mało jest we współczesnych czasach w Kościele eksponowany charyzmat Matki. Nigdy nie słyszałam w kazaniach zachwytu nad porodem, macierzyństwem, godzeniem pracy zawodowej z prowadzeniem domu. Za mało jest wdzięczności za wielodzietność… matka pozostaje jak gdyby niedostrzeżona. Wprawdzie Kościół czci kobiety-matki – wyniesioną niedawno na ołtarze św. Joannę Berettę Mollę, bł. Jolantę, bł. Zelię Guerin (matkę św. Tereski od Dzieciątka Jezus) i św. Ritę z Cascia, św. Kingę, św. Jadwigę, bł. Dorotę z Mątowów, kobietę która nawróciła prześladującego ją męża, matkę dziewięciorga dzieci, mistyczkę i stygmatyczkę.

W tych dniach jestem ogarnięta tajemnicą śmierci kolejnej świętej matki Magdaleny Gąsiorek (34 l.), żony mojego kolegi z pracy, która 4 grudnia br. zmarła przy porodzie swojej córeczki. Dając swoje życie za życie dziecka osierociła Weronikę (8 l.) Piotrusia (7 l.), Marysię (5 l.), Tereskę (2,5 roku) oraz nowonarodzoną Bogumiłę. Śmierć to trudna do akceptacji i zrozumienia. Mąż zmarłej żony i matki – podarował Kościołowi przepiękne świadectwo. Powiedział: przez 10 lat miałem łaskę życia ze świętą kobietą… ona była moim talentem, dzięki któremu rozwinąłem się jako chrześcijanin, mężczyzna, mąż i ojciec.

W obliczu tej śmierci, uświadamiam sobie jeszcze jedną rolę kobiety w Kościele. To kobieta-matka rodzi w rodzinie życie z Bogiem. Rodzi je w sobie, dla swojego męża i dzieci. Tak było w czasach św. Moniki, ale i tak jest współcześnie. Życie religijne rozwija się w rodzinie nade wszystko przez matkę. Ona je rodzi, pielęgnuje i rozwija lub zabija.

Wszelkie objawy wojującego feminizmu, demokracji, wolności niezgodne z Przykazaniami Bożymi, mają i będą miały problem z Kościołem. Jest to jednak problem uzasadniony, oparty o niezdewaluowane znakami czasu Prawo Boże. Nie jest to zatem problem kobiet – lecz środowisk o takich poglądach.


S. dr Gabriela Janikula, Poznań WT UAM

1

Kościół jest kobietą

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?