Czytelnia

Sławomir Sowiński

Sławomir Sowiński, Lekcja KOR, WIĘŹ 2006 nr 10.

To odważne spotkanie ludzi Kościoła i KOR było zapewne wynikiem zewnętrznego ciśnienia komunistycznej władzy, które w sposób naturalny zbliżało do siebie wszystkich myślących o wolności. Ale można i trzeba widzieć w nim także wyraźny znak jakości polskiego katolicyzmu, świadectwo, z którego Kościół polski ma prawo być dumny.

Świadectwo to jest jednak i pozostanie również wyzwaniem. Także bowiem i dziś nie brak w Polsce ludzi oddalonych od Kościoła, których społeczne zaangażowanie bliskie jest duchowi Ewangelii. Nie brak palących problemów społecznych, takich jak korupcja, bezrobocie, czy emigracja młodych, których nie da się rozwiązać bez pomocy i udziału Kościoła. Czyż i dziś Kościół w Polsce nie powinien być otwarty i gościnny, być — przy zachowaniu własnej nauki i tożsamości — latarnią i duchowym schronieniem dla wszystkich poszukujących prawdy i potrzebujących pomocy? Swój wzrok będą mieli odwagę kierować ku niemu także ludzie tak od niego odlegli jak wówczas Ozjasz Szechter, przedwojenny działacz Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, który przyszedł wraz z innymi głodować do kościoła św. Marcina.

Lekcja KOR, a może bardziej jeszcze doświadczenia nieporozumień, jakie między częścią KOR-owskiej inteligencji o Kościołem pojawiły się już później, stawiają jednak także wyzwania drugiej stronie. Ci, którzy oczekują od Kościoła społecznego otwarcia i zaangażowania, muszą uszanować jego religijną tożsamość i prawo do głoszenia prawd nie zawsze łatwych, popularnych i dla wszystkich zrozumiałych.

I tylko na takim gruncie możliwe jest spotkanie, dialog i współpraca, które nie kończą się rozczarowaniem obu stron.

Pokonać długi cień SB

Zwłaszcza dziś przypomnieć wreszcie warto, że dzieje KOR to niezwykły przykład zwycięstwa nad SB, z jej inwigilacją, fałszywkami, łamaniem charakterów, a także doświadczeniem agenturalności wśród najbliższych współpracowników. Dla spacyfikowania działań KOR SB korzystała z nieograniczonych niemal metod i środków. Każdego mogła aresztować lub pobić, każdemu zainstalować w najbliższym otoczeniu dowolną liczbę podsłuchów lub agentów, każdego nękać głuchymi telefonami i każdego zabić lub grozić mu śmiercią. A jednak SB KOR nie sparaliżowała. A w każdym razie można niekiedy odnieść wrażenie, że paraliżowała go dużo mniej niż zdaje się paraliżować dziś — już zza swej grobowej deski — życie publiczne IV Rzeczypospolitej.

Tłumacząc ten paradoks, brać trzeba oczywiście pod uwagę całą zmianę kontekstu historycznego, to, że stoją dziś przed nami esbeckie archiwa, które wtedy były niedostępne. Z drugiej jednak strony, warto się zastanowić, czy doświadczenie KOR nie pokazuje, jak traktować dziś SB i sączony przez nią jad.

Działacze KOR zapewne musieli zdawać sobie sprawę, że są stale inwigilowani, że pośród licznych współpracowników nie brak agentów i prowokatorów. Pomimo to starali się zachować spokój. Poza tym, jak pisze Jan Józef Lipski, panowała zgoda co do tego, że większym niebezpieczeństwem dla ruchu tego typu co KOR jest powstanie atmosfery, w której każdy każdego podejrzewa, niż przeoczenie kilku agentów. Drugą, bardzo ważną bronią była jawność. KOR — choć był po części organizacją konspiracyjną — starał się działać przy możliwie otwartej kurtynie. Ogłaszał nazwiska i adresy swych sygnatariuszy, zwoływał konferencje prasowe, wydawał komunikaty. Dzięki tej cywilnej odwadze znacznie kurczyło się pole esbeckich knowań i prowokacji.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 następna strona

Sławomir Sowiński

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?