Czytelnia

Anna Karoń-Ostrowska

Anna Karoń-Ostrowska, Mistrz-uczeń, czyli miłość niejedno ma imię, WIĘŹ 2000 nr 9.

W niniejszym szkicu chciałabym się zająć przede wszystkim opisem bezpośredniej relacji mistrza i ucznia, próbując choćby dotknąć tajemnicy tego spotkania.

Mistrzem może być ten, kto spotkał na swojej drodze ucznia. Czy można być mistrzem, nie mając uczniów? Z pozoru wydaje się, że można. Mistrzem jest ten, kto osiągnął jakiś stopień doskonałości w wykonywanej przez siebie pracy, w wypełnianiu swego powołania, w osiąganiu sprawności. Tytuł „mistrza” czy „magistra” w średniowieczu oznaczał tego, kto poznał tajniki swojego zawodu w takim stopniu, że mógł kształcić w nim innych. Byli więc mistrzowie cechów, którzy w swych warsztatach szkolili uczniów do wykonywania różnych prac rzemieślniczych, „magistrowie”, których dziś zaliczylibyśmy do „nauczycieli” czy „profesorów”, mistrzowie duchowi – pełniący funkcję przewodników na zawiłych drogach ludzkich poszukiwań wartości transcendentnych. Nazywało się ich i wciąż jeszcze czasem nazywa – ojcami duchowymi.

Nauczyciel, profesor, przewodnik – to terminy bliskoznaczne słowu: „mistrz”. Czy jednak każdy, kto jest nauczycielem, przewodnikiem czy profesorem; kto uczy innych zdobywania nowych umiejętności – tak sprawności fizycznych czy manualnych, jak intelektualnych i duchowych – jest mistrzem? Czy każdy może nim być? Co się musi wydarzyć, żeby nauczyciel stał się mistrzem? Czy bycie doskonałym w swojej dziedzinie znaczy, że jest się mistrzem? Przez wieki przewinęło się wielu genialnych ludzi dłuta i pędzla, wielu wybitnych myślicieli, artystów i świętych, którzy jednak – nawet podziwiani – nie byli mistrzami (chociaż właściwie, kto to wie?). Czy można być mistrzem, nie znając swych uczniów? Zapewne można. Jest się jednak wówczas mistrzem nieświadomym swego „mistrzostwa”.

Świadome bycie mistrzem, kimś, kto dąży do tego, żeby być dla innych mistrzem – zakłada pragnienie i poszukiwanie tych, których można będzie nazywać uczniami. Wiąże się z tym pragnienie dawania, obdarowywania innych własną wiedzą, umiejętnościami, doświadczeniem. To pragnienie zaczyna się od świadomości jakiejś wewnętrznej „pełni”, z czym łączy się poczucie, że oto owoce są już dojrzałe, trzeba zacząć je zrywać, bo inaczej same pospadają i zgniją w ziemi, nie stając się dla nikogo pokarmem i radością.

To doświadczenie potrzeby „owocowania” Karol Wojtyła w „Miłości i odpowiedzialności” porówna do duchowego ojcostwa i macierzyństwa: Rodzenie duchowe jest symptomem dojrzałości osoby i jakiejś pełni, którą chce się rozdać innym (bonum est diffusivum sui). Szuka więc „dzieci”, tj. innych ludzi, zwłaszcza młodych, którzy wezmą to, co chce dać. A ci, którzy biorą, stają się przedmiotem szczególnej miłości – podobnej jak miłość rodziców do dzieci – poniekąd znów dlatego, że w nich będzie dalej żyło to, co dojrzało w takim duchowym ojcu lub matce. Tak więc możemy zauważyć różne przejawy tego duchowego ojcostwa i różne krystalizacje tej miłości, która z nim się wiąże, np. miłość dusz u duchownych, miłość uczniów u uczonych itp. Pokrewieństwo oparte na związkach dusz jest często silniejsze niż pokrewieństwo wynikłe z samych związków krwi.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 następna strona

Anna Karoń-Ostrowska

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?