Czytelnia

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia, Prorocy tacy jak my. Paris Hilton jako współczesny Jeremiasz, WIĘŹ 2007 nr 3.

Gdy czyta się książkę Wheena, co i rusz trzeba powstrzymywać się, by nie wyskoczyć z fotela, nie zacząć rwać włosów z głowy i krzyczeć, że żyjemy pod niewidoczną, ale powszechną dyktaturą idiotów. Problem w tym, że w historii ludzkości chyba nigdy nie było inaczej. Wystarczy sięgnąć po klasyczne „Żywoty i poglądy sławnych filozofów” Diogenesa Laertiosa — od postaci la dr de Bono aż roiło się w starożytnej Grecji.

Żydzi i chrześcijanie znajdą sceny uderzająco podobne do tych opisanych powyżej w Biblii. Bill Clinton dzwoni po hochsztaplerów — też mi nowość, co drugi żydowski król stając w obliczu kryzysu państwa, monarchii czy osobistych problemów wzywał na swój dwór grono wizjonerów, duchowych przewodników, lokalnych idoli, by poprawili mu samopoczucie, połasili się doń i utwierdzili w przekonaniu, że postępuje słusznie. Tyle że w Biblii ta grupa „proroków królewskich” — banda lizusów, klakierów, osobistych trenerów i „psychicznych masażystów” — zawsze miała jasną opozycję, jaką był prorok prawdziwy, natchniony, jedyny, który miał odwagę stwierdzić: król jest nagi. Za swoją szczerość płacił zwykle wysoką cenę (patrz prorok Jeremiasz, co chwila wrzucany do cystern z błotem, poniżany i wypędzany), czasem jednak udawała mu się rzecz niesłychana: zmieniał dalszą drogę króla (patrz Natan, który łaja Dawida po jego grzechu z Batszebą). Ale to wyjątki. Tzw. społeczeństwo od zawsze organicznie nie znosi ludzi takich jak Natan czy Jeremiasz, bo są to ludzie, na których nie ma się wpływu. Można ich przekupywać, bić i tłamsić, a oni i tak powiedzą, co myślą. Gdy myślą inaczej — pokazuje się im wyniki sondażu, maluje krzywą Gaussa i odsyła do cysterny, względnie do domu wariatów.

Obniżanie poprzeczki

Prorok bije bowiem wprost w pierwsze prawo socjotechniki: ludzie są umiarkowani, lubią spokój. I dlatego od tysięcy lat cieszą się wzięciem prorocy ulepieni z ludzkich potrzeb. Guru, idole, liderzy, trenerzy, którzy — zamiast na nas krzyczeć — „docieplą” nas, poprawią nasze, i tak nadwerężone w zmaganiach ze światem, samopoczucie. Współczesny „prorok” to nie tyle misja, co usługa. Dlaczego Elvisa Presleya nazywano „prorokiem z Memphis”? Bo trafił w najgłębsze, najbardziej skrywane pragnienia — jak nikt umiał rozerwać wciąż rozdrapujące powojenne blizny społeczeństwo. Jako pierwszy powiedział głośno to, co czuli wszyscy: „może dość już żałoby? Lets rock and roll!” Prorok w kulturze masowej pełnił więc rolę księdza, lekarza i objazdowego teatrzyku. Od niedawna ma w ofercie także i inne usługi. Ot choćby taką: „za niewielką opłatą zapewnię ci komfort myślenia, że jesteś kimś lepszym ode mnie”.

Intelektualistom zdarza się dziś mówić: „kiedyś to były czasy: Hegel, Weber, Sartre, Mozart, Chopin, Debussy”. Popełniają błąd, patrząc na przeszłość z naszej perspektywy. Nazwiska prawdziwych proroków przetrwały wieki, ale gdy żyli, horyzont wyglądał inaczej. Masową wyobraźnią od zawsze rządziła tandeta, większość sąsiadów Shakespearea, zamiast czytać poezje, układała pewnie sprośne rymowanki; w czasach Bacha na masowym rynku z pewnością prym wiodły ówczesne Dody czy Mandaryny. Specjaliści od kreowania celebrities dobrze wiedzą, że ludzie od zawsze zamiast słuchać uczonych prelekcji, woleli cieszyć wzrok widokiem fikających karlic oraz kazać śpiewać wioskowym wariatom, sami z uciechy bijąc się po kolanach.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 następna strona

Szymon Hołownia

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?