Czytelnia

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia, Prorocy tacy jak my. Paris Hilton jako współczesny Jeremiasz, WIĘŹ 2007 nr 3.

Na swojej głupocie zarabia nie tylko Paris — w Stanach można kupić koszulki i gadżety z napisami „Paris to zdzira”, „Nienawidzę głupiej Paris”. Rozdarte i udręczone geopolityką społeczeństwo oczyszcza swoje emocje, wylewając brudy na ofiarnego kozła (koźlicę). Tylko jak długo jeszcze można to robić bezkarnie? Amerykański „Newsweek” opublikował ostatnio tekst poświęcony Hilton i krążącym wokół niej koleżankom (niegdyś znana piosenkarka, dziś imprezowiczka Britney Spears, aktorka Lindsay Lohan czy córka słynnego Lionela — Nicole Ritchie), ostrzegając, że nastolatki zapatrzone w wymienione wyżej dziewczęta, które używają życia kopulując, paląc i pijąc gdzie popadnie, mogą wspomnianą poprzeczkę obniżyć sobie tak bardzo, że już nie podniosą się z ziemi. Ale przecież gdy zniknie Paris, na jej miejsce zaraz wskoczy kto inny. Pragnienie oglądania ludzi mniej rozgarniętych nie znosi próżni, jest silniejsze od wszystkiego. Prorok który chce być kochany, musi udawać że jest od nas głupszy.

Antyteza nawrócenia

Albo — alternatywnie — łasić się do nas, przekonując, że jesteśmy strasznie mądrzy. Tę technikę — niedostępną pannie Paris — stosują z kolei z lubością ci prorocy, od których aż roi się w świecie nauki i religii. Francis Wheen w cytowanej wyżej książce wyzłośliwia się, że współcześni „masowi idole intelektualni” tacy jak Francis Fukuyama czy Samuel Huntington, pisząc swoje książki, hołdują zasadzie znanej z homeopatii — im mniejsza dawka lekarstwa, tym silniejszy będzie jego skutek. Publikują więc jedną za drugą pozycje składające się tak naprawdę wyłącznie z tytułowej tezy (jak choćby „Koniec historii i ostatni człowiek” Fukuyamy), żerując przy tym na odwiecznej skłonności ludzi do słuchania tych, którzy wieszczą jakiś koniec (może to być koniec świata, koniec cywilizacji — wszystko jedno). Czytając takie książki każdy może bowiem powiedzieć sobie: „Że coś tak jakby się kończy? No, kurczę, ja też coś tak czułem!”.

Oto kolejne przykazanie współczesnego „proroka” — jeśli chce być słuchany, dobrze byś opowiadał truizmy i banały. Zapowiedź końca świata to prorocka klasyka — stara, ale skuteczna. Przekonują o tym choćby Świadkowie Jehowy, grupa wyznaniowa, która większą część swojej ideologii opiera na przestrzeganiu przed zbliżającym się końcem świata (wyznaczanym już na lata 1844, 1854, 1874, 1914, 1925, 1975, 1995, a obecnie — 2034), która mimo tych wszystkich wpadek wciąż nie traci jakoś znacząco na popularności.

„Jak może podobać mi się piosenka, którą słyszę po raz pierwszy?” — pytał inżynier Mamoń. Jak niesłychany potencjał niesie w sobie to zdanie, przekonują choćby książki jednego z najlepiej sprzedających się w Polsce autorów, Brazylijczyka Paolo Coelho. Wszystkie jego produkcje — uwielbiane przez osoby wrażliwe i skłonne do zadumy — to umiejętnie przyrządzony miks truizmów i banałów („Sekret tkwi w tym, by się nie poddać”, „Miłość odkrywa się kochając”), podlany sosem religijnej frazeologii. Dobre pięć lat temu miałem okazję rozmawiać z moją znajomą, wielką fanką twórczości Coelho oraz zapamiętałą miłośniczką serialu „Na dobre i na złe”. Serial ów od dłuższego czasu prezentuje przełożone na język telenoweli biblijne opowieści (o synu marnotrawnym, o perle w roli), opowiedziane prostym językiem i nieco podróżowione itd. Znajoma przekonywała mnie, że woli te książki i filmy od głoszonych w Kościele kazań. „Bo Coelho trafia wprost do mego serca”. Nie niepokoi. Koi. W Ewangelii takich jak on proroków nie ma krzyża. Nie nawołują oni ludzi, niczym Jan Chrzciciel — by się nawracali. Przeciwnie — głoszą antytezę nawracania, mówią: idź, tak jak szedłeś dotąd. Wsłuchaj się w siebie, na pewno masz rację. To jeszcze w sumie nie jest takie złe — współcześni ludzie, roztrzęsieni i rozdarci między tysiącami decyzji, potrzebują czasem takiego „utwardzenia”. Kłopot zaczyna się wtedy gdy taki słodki prorok przed odesłaniem nas w dalszą drogę łapie nas za rękaw i mówi: chwileczkę, należy się trzysta.

Truizm: ludzie gotowi są dziś płacić prorokom duże pieniądze, byleby tylko nie mówili rzeczy niewygodnych. Widać to dobrze we wszystkich przejawach ruchu new age — cudownych dzieciach marketingu religijnego: kościele scjentologicznym, w tzw. kościołach zjednoczeniowych. Potencjalnie niebezpieczną (bo nieprzewidywalną) relację osób (a więc bliźnich między sobą i człowieka z Bogiem) zastępuje tam znany, skodyfikowany i „bezpieczny” schemat zachowań rodem z wolnego rynku. Nie ma ryzyka, że zaraz Pan Bóg powie, że nie wolno tego, a tamto to grzech. Klient płaci, klient wymaga. Klient nasz pan. A Pan? „Pan jest energią, ale to ty jesteś kanałem, w który ta energia może się wpuścić” — usłyszałem kiedyś na kazaniu w jednym z kościołów zjednoczeniowych w Chicago. Pastor głoszący ową teologię „channelingu” przy wyjściu z kościoła sprzedawał kasety z nagranym wcześniej kazaniem. Większość banknotów rzucanych na tacę w czasie tradycyjnej kolekty miała nominały 50 i 100 dolarów.

Oddać błaznowi co błazeńskie

Pointa. Na niego i na wszystkich wymienionych wyżej proroków XXI wieku nie ma chyba się co zżymać. Ba — gdy jest się świadomym ich tricków, patrząc na nich można czasem zdrowo się uśmiać. Oto też chyba przede wszystkim chodzi, by odróżniać proroka od błazna. I nie przestraszyć się tego pierwszego. Ilekroć rozmawiam z moimi znajomymi, mam poczucie, że owszem — uznają oni wielkich proroków takich jak Jan Paweł II czy Matka Teresa, traktując ich jednak jak postaci z nieco innego świata. Podziwiają ich, ale pewnie i trochę się obawiają. Przywykli, że naszym codziennym światem rządzą prorocy tacy jak my. Którzy od świętości wolą święty spokój.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 następna strona

Szymon Hołownia

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?