Czytelnia

ks. Jan Sochoń

ks. Jan Sochoń, Szczęśliwie trudny splot, WIĘŹ 2003 nr 8-9.

Byłbym w tej kwestii nieco ostrożniejszy. Nie wiązałbym tak mocno „zmysłu metafizycznego” (czyli wyczulenia na istnienie osobowo pojętego Boga, a nie tylko na jakąś tajemnicę bądź „inny wymiar”) z magią włoskiej ziemi, choć to sprawa — w przypadku Herlinga — fundamentalna. Proszę łaskawie pamiętać, że otwarcie na to, co człowieka przekracza, jest naturalne. Wrażliwość na sferę tego, co święte, przynależy na mocy natury wszystkim. W tym sensie nie ma ludzi nie-religijnych. Problemy pojawiają się dopiero wówczas, kiedy łączymy ową „religijną spontaniczność” z konkretną doktryną czy wyznaniem. I tutaj rzeczywiście mogą pojawiać się trudności. Powiedziałbym tak: Grudziński był na ogół w miarę spokojnym człowiekiem, gdy jednak przychodziło mu dyskutować o wierze, religii i cierpieniu, wówczas podnosił głos, uderzał piórem w stół i dość emocjonalnie wykrzykiwał. Rewelacyjna formuła jestem szczęśliwym pisarzem Zła zdaje się zrozumiała, aczkolwiek czy jest prawdziwa? Bieńkowska nie jest tu zdecydowana. I słusznie. Pamiętne wypowiedzi Grudzińskiego, wiążące się z Bogiem Starego Testamentu, niezrozumienie idei (jednak!) miłosierdzia i ofiary, przy równoczesnym przejęciu się „Chrystusem cierpiącym”, Jego kenozą pozbawioną (znowu: jednak!) odkupieńczej mocy — wszystko to każe przypuszczać, że Herling-Grudziński zatrzymał się na progu katolicyzmu. Oczywiście, nie jest to i być nie może zarzutem.

W każdym razie przypuszczenia Bieńkowskiej, że pisarz nie zdecydował się na zawierzenie typowo religijne, ale uznał stan zawieszenia, nieokreśloności, który nie odrywa od ziemi i nie unieważnia związków z żyjącymi (s. 105) — uznaję za wiarygodne i zgodne z jego filozofią życia, aczkolwiek domyślam się w takim postawieniu sprawy pewnego niedopowiedzenia. Trzeba przecież jasno stwierdzić, że u Herlinga nastąpiło widoczne przestawienie porządków. Uznanie (jak u Kafki), że pisarstwo jest „środkiem zbawienia” i „formą modlitwy”, powoduje nie tylko intelektualne zawirowanie, ale brzemienne w konsekwencje nieporozumienia. Oczywiście, wskazane rozpoznanie to wynik charakterystycznej dla Herlinga procedury ograniczającej punkt dojścia wszelkiej twórczej aktywności. Bieńkowska mówi o tzw. sekretnym punkcie czy punkcie sekretu. Chodzi o to, że istnieje granica, poza którą nie sięgają już językowe możliwości. Niekiedy dotyka się tajemnic, ale o nich wypada tylko milczeć. Pisarzowi przystoi jedynie korzystanie ze „środków przyrodzonych”, które są bezradne zwłaszcza wobec tajemnic religijnych. Albowiem zamykają pisarską świadomość wewnątrz świata rzeczy, nie czynią zaś z owego świata rzeczy z n a k ó w, odsyłających „nieco dalej”. Zachęcają do kontemplacji w ziemskiej widzialności. Dlatego też Herling czyni wiele starań o to, aby przekroczyć tę przygodnościową ułomność, choć wie, że nie jest to w ogóle możliwe. Stąd jego przywiązanie do snów, pamięci, archetypu starości i — tak nazwę — religijna (daleko posunięta) ostrożność.

poprzednia strona 1 2 3 4 następna strona

ks. Jan Sochoń

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?