Czytelnia

Kochać Kościół mimo wszystko - debata WIĘZI i Tezeusza

Kościół w Polsce

Jerzy Sosnowski

Jerzy Sosnowski, Wiara bez Kościoła?, WIĘŹ 2010 nr 10.

Podobne próby odbywały się, i to na masową skalę, w przeszłości; i jakkolwiek na samotność eremitów Kościół wyraża zgodę pod pewnymi warunkami, to te wyłomy we wspólnotowości wiary na ogół kończyły się oskarżeniem o herezję. Dość przypomnieć tu hiszpańskich iluministów — ruch, który „koncentrował całość życia religijnego na bezpośrednim doświadczeniu Boga i z tej racji traktował lekceważąco, czy wręcz z pogardą, całą tak zwaną zewnętrzną, to znaczy liturgiczną i sakramentalną, stronę życia religijnego”6. Podobne, antyinstytucjonalne były początki kwietyzmu czy ruchu guerinistów, którzy „w kwestii moralności nauczali, że tylko sumienie każdego człowieka może oceniać, co jest dozwolone, a co zakazane”7. Osobną sprawą, zbyt skomplikowaną, by tu ją szerzej omawiać, są pod tym względem dzieje reformacji, od początku, jak się zdaje, dotkniętej wewnętrznym napięciem pomiędzy tym, co indywidualne, i tym, co wspólnotowe; gdyż, jak twierdzi Kołakowski:

„Reformacja, stwierdzając, że czyste słowo Pisma jest jedyną normą i regułą wiary, mogła trwać tylko w wyniku swojej własnej niekonsekwencji, co zresztą jej dysydenci od początku jej zarzucali. [...] Ci, którzy konsekwentnie negowali tradycję jako źródło prawdy, byli więc zmuszeni własną logiką kwestionować ideę Kościoła jako takiego, samą ideę religijnej organizacji, której zadaniem jest wszakże przechować w nieskażonej postaci skarb słowa objawionego8”.

Nade wszystko jednak prawzorem tych ucieczek poza wspólnotę, w przestrzeń, gdzie można rozmawiać z Bogiem bez pośredników, był u swego zarania ruch Ojców Pustyni. Kiedy czyta się o okolicznościach jego narodzin, trudno nie mieć poczucia powtórzenia, choć być może operetkowego. Z jednej strony była to bowiem reakcja na uznanie cywilizacji za nieodwołalnie zepsutą. Bezwzględna walka ekonomiczna, rozpad tradycyjnych struktur społecznych, a co za tym szło: nieprzewidywalność fortuny, niemała (zwłaszcza na tle rygorystycznego pod tym względem chrześcijaństwa) swoboda obyczajowa, okrutne nieraz rozrywki z cyrkiem na czele, blichtr miasta — podpowiadały, by widzieć wokół świat skazany na moralną i fizyczną zagładę. „Niech pójdą precz trony, urzędy, bogactwa, przepych, wyniesienie, poniżenie, ten tani, splunięcia godzien rozgłosik” — pisał św. Grzegorz z Nazjanzu9.

Z drugiej strony — niemałym wstrząsem była na tym tle zmiana statusu Kościoła. Jak pisze Stefan Swieżawski:

„W średniowieczu powtarzano legendę, że gdy Konstantyn Wielki zobaczył znak krzyża, usłyszał słowa in hoc signo vinces («w tym znaku zwyciężysz») i dał chrześcijaństwu pełną wolność jako religii państwowej, wówczas rozległ się z nieba głos et in hoc momento venenum in corpus ecclesiae effusum est — «w tym momencie trucizna została wlana w ciało Kościoła»10”.

W chwili, gdy zdawały się spełniać eschatologiczne zapewnienia Apokalipsy, Kościół wikłał się nagle w sojusz z doczesną władzą. Że cesarstwo było tym zainteresowane — nie było powodu się dziwić; że jednak pasterze Ludu Bożego nie widzieli, jak wysoką cenę przychodzi im za to zapłacić — to mogło budzić zdumienie. Ryszard Przybylski w książce Pustelnicy i demony pisze o anachoretach:

poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 8 następna strona

Kochać Kościół mimo wszystko - debata WIĘZI i Tezeusza

Kościół w Polsce

Jerzy Sosnowski

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?