Czytelnia

Psychologia a duchowość

Tomasz Wiścicki

Wszystkie nasze zdrady, Z Jackiem Prusakiem SJ rozmawia Tomasz Wiścicki, WIEŹ 2007 nr 2.

Niektórzy twierdzą, że dobrze jest od czasu zdradzić, bo to cementuje związek...

— Przekonanie, że romans może uratować małżeństwo, jest obronną racjonalizacją swego postępowania. Zwykle zdrada, z perspektywy terapii, jest zawsze jakimś doświadczeniem braku w systemie. Każdy system opiera się na pewnej równowadze. Gdy jest w nim nadmiar albo niedomiar czegoś, ma to bezpośrednie przełożenie na wzajemne relacje. Zarówno z moich obserwacji terapeutycznych, jak i z doświadczenia w konfesjonale wynika, że do zdrady dochodzi w momencie chronicznego niedoboru lub chronicznego nadmiaru — a oba przypadki bywają przeżywane traumatycznie. Na przykład brakuje uczucia albo jest nadmiar kontroli. I ktoś szuka wtedy „pocieszenia” w zdradzie albo — uwolnienia poprzez zdradę. W rzeczywistości zdrada wydobywa na światło dzienne bolączki i nierozwiązane problemy.

Czy odejście od kogoś jest zdradą?

— Ostatnio zmieniło się funkcjonowanie związku. Wierność oznacza: jesteśmy ze sobą tak długo, jak się da. Zdrada jest teraz tak rozumiana, że dopóki jesteśmy ze sobą, jesteśmy dla siebie. Nie ma takiego myślenia, że możemy być ze sobą na zawsze. Chodzi o to, żeby nie mieć później do siebie pretensji, że ktoś kogoś zdradził, zdradził czyjeś zaufanie.

- W tym ujęciu zdradą nie byłoby na przykład to, że jedna ze stron mówi drugiej: „Przykro mi, ale poznałem czy poznałam kogo innego... Bądźmy przyjaciółmi”. Nawet jeżeli wcześniej postanowili być ze sobą, to w tym momencie przestają i nic specjalnego się nie dzieje, nie ma zdrady.

— Według takiej mentalności czy filozofii życia — rzeczywiście. Aczkolwiek z punktu widzenia osób, które tego doświadczają, co widać w terapii, pojęcie zdrady pozostaje aktualne. Dlatego to słowo dalej się nie zużyło, nawet jeśli rzekomo ono nie ma tak szerokiego zastosowania. Zmienia się obecnie rozumienie intymności, ale szukanie „czystej relacji” opartej na równości płci i równowadze uczuciowej nie dezaktualizuje pojęcia zdrady.

Gdy osoby, których związki się rozpadają, mówią: „Żyjmy w przyjaźni”, to słowo w tym kontekście zmienia znaczenie. Co tutaj znaczy przyjaźń? Najczęściej to, że się wzajemnie nie pozabijali, a jak się spotkają na ulicy, to nie będą udawać, że się nie znają. Ale to nie jest forma bycia blisko siebie, tylko kontrolowania dystansu. Taka relacja z definicji przestaje być przyjaźnią.

W opowieściach ludzi, zwłaszcza ze środowisk artystycznych, ostatnio dość często pojawia się taka wizja małżeństwa, w której obie strony pozwalają drugiej stronie na inne mniej czy bardziej przelotne związki i wszystko jest w porządku. Czy w ten sposób da się żyć — bez poczucia bycia zdradzanym?

— Widocznie da się tak żyć, tylko co to jest za życie? Przestrzeń małżeńska, rodzinna, może być otwarta — ale nie jest przepuszczalna. Jeśli ktoś w niej się pojawia z zewnątrz, dzieje się to na określonych przez obie strony warunkach, ten ktoś trzeci nie przepływa jako równoprawny członek takiego układu. Intymnych relacji z innymi osobami można nie nazywać zdradą, ale w takich związkach rozumienie bliskości i zaufania do siebie jest zupełnie inne od tych par czy małżeństw, które tego typu relacje nazwałyby zdradą, bo od siebie więcej wymagają i bardziej mogą na sobie polegać.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 następna strona

Psychologia a duchowość

Tomasz Wiścicki

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?