Czytelnia

Katarzyna Jabłońska

Katarzyna Jabłońska, Zatańczyć (na)prawdę, Z Ewą Wycichowską rozmawia Katarzyna Jabłońska, WIĘŹ 2004 nr 1.

…który przywodzi na myśl pustynię, ale sam w sobie jest bardzo pięknym elementem spektaklu – tańczy.

– Pięknym, ale bardzo trudnym jako tworzywo. Jednak ma Pani rację – rzeczywiście piasek tańczy, tak sobie jego „rolę” w „… a ja tańczę” wyobrażałam. Poza tym jest metaforą naszej sytuacji – dziś jesteśmy na pustyni, na której jednak pojawiają się kwiaty, „róże pustyni”. Piękno może urodzić się wszędzie.

Na przykład na Lednicy, gdzie miała Pani sprawić, aby zatańczyło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Co oni zatańczyli?

– Lednica to wielkie przeżycie moje i tych tysięcy młodych ludzi tam zgromadzonych. Może warto dopowiedzieć, że Lednica to plon. Ziarno zasiane było w Hermanicach – na kolokwiach dominikańskich. Początkowo właśnie tam podejmowaliśmy próby wyrażenia modlitwy poprzez ruch. Wymagało to oczywiście czasu, niemało pracy, odwagi wyrażania siebie całym ciałem – tak jak to robią dzieci. Potem młodzież hermanicka pełniła rolę liderów w naszych działaniach na Lednicy, podobną rolę pełnili chętni artyści i uczniowie szkoły tańca w Fouette Beaty Książkiewicz. Oni wszyscy poprowadzili pozostałych zgromadzonych, którzy tworzyli katedrę przy Bramie Modlitwy – przy Rybie.

Nasze gesty i ruchy miały być modlitwą i chyba rzeczywiście nią były. Miałam później znaki, że ktoś zostawił je sobie jako rodzaj swojej osobistej modlitwy. Lednica była bardzo pięknym doświadczeniem. Najważniejsze, że energia unosząca się tam w górę wyrażana była w tak wielkiej wspólnocie, z ofiarnością i bez wstydu. Wszystkie tańczące procesje, które odbywały się na Lednicy, nie były żadnym popisem ani reklamą poszczególnych tancerzy czy instytucji – były modlitwą poszczególnych osób.

Pani Profesor Ewa Wycichowska – tak mówił o Pani ojciec Jan Góra – „nauczyła” zgromadzonych na Lednicy zatańczyć modlitwę?

– Zabraniałam ojcu Górze tytułować siebie w ten sposób, nie byłam wówczas żadnym profesorem. Jednak każdy, kto zna go choć trochę, wie doskonale, że jemu trudno czegokolwiek zakazać. Cóż było robić – w końcu przestałam zabraniać i zrobiłam tę profesurę... Mówiąc jednak już całkiem serio, jestem bardzo wdzięczna, że w Hermanicach, na Jamnej i na lednickich polach miałam okazję spotkać się z takim myśleniem o chrześcijaństwie, o Kościele. Teraz to dzieło poszło w trochę inną stronę, przestało dziać się – mnie samej właśnie tego brakuje – w skupieniu i koncentracji. Teraz, jak mi się zdaje, stało się bardziej wyrazem radości, co oczywiście też jest dobre i bardzo potrzebne. Młodzi ludzie wyrażając swoją radość, są w stanie zatańczyć niemal każdy taniec, począwszy od dyskotekowych, a skończywszy na góralskich. Jednak brakuje mi tego elementu skupienia, który był na początku Lednicy, szukania wewnątrz siebie, zbliżania się do kon-centrum.

Czy osiągnąć to – jak Pani nazywa – kon-centrum to znaczy zatańczyć samego siebie, czyli siebie prawdziwego?

– Właśnie tak. I każdy to potrafi. Nie potrzeba być tancerzem, nie trzeba znać się na tańcu – trzeba siebie odnaleźć w samym sobie i zatańczyć. Ktoś może oczywiście podpowiedzieć czy ośmielić – to właśnie próbowaliśmy robić na Lednicy. Tak rozumiałam swoją tam obecność, nie spodziewałam się jednak, że aż tak to zadziała na tak wielkie zgromadzenie ludzi. To była ogromna niespodzianka i wielka radość. Jestem wdzięczna ojcu Górze, że podarował mi tamten czas, który zresztą bardzo zmienił moje myślenie o Kościele.

poprzednia strona 1 2 3 4 5 następna strona

Katarzyna Jabłońska

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?